Wyniki
obserwacji astronomicznych, zbieżne z zasadą kosmologiczną, skłaniają nas do
przyjęcia tezy (by nie powiedzieć: przekonują), że Wszechświat rozszerza się.
Jeśli „teoria” ta jest słuszna, powinna także antycypować efekty obserwacyjne
dotąd nie znane, wskazując kierunek przyszłych badań i poszukiwań. Jak wiadomo,
materia Wszechświata to nie tylko gwiazdy i planety. To także promieniowanie
elektromagnetyczne. Istniało ono z całą pewnością już w bardzo wczesnych fazach
ewolucji, już w pierwszych sekundach po „starcie”. Tu nie chodzi o szczegóły. O nich będzie w odpowiednim czasie.
Można oczekiwać, że temperatura w pierwszych
chwilach (nie koniecznie na samym początku) była bardzo wysoka. Jak wiadomo,
materia (ciało) o dowolnej temperaturze bezwzględnej (wyższej od 0K), jest
źródłem promieniowania elektromagnetycznego. [Skąd się to promieniowanie bierze? Klasyczna mechanika statystyczna na to pytanie nie odpowie. Konieczne jest uwzględnienie oddziaływań elektromagnetycznych istniejących w strukturze każdego bez wyjątku materiału. Trzeba podkreślić, że chodzi o promieniowanie cieplne, czyli o promieniowanie ciała nagrzanego, którego molekuły tworzą układ chaotyczny nieskoordynowanych ze sobą ruchów. Czy Wszechświat w swych początkach był właśnie taki? To wcale nie jest takie oczywiste.] Cechy takiego promieniowania zależą od
temperatury źródła, a także
od cech jego powierzchni. My jednak zajmujemy się promieniowaniem ciała
doskonale czarnego. W tym sensie mówić można o temperaturze promieniowania w sposób
jednoznaczny. Można więc
oczekiwać istnienia kosmologicznego, a więc także izotropowego promieniowania
cieplnego. Izotropowego, gdyż źródłem
jego był cały Wszechświat, wtedy, gdy był bardzo mały. Nie może to być promieniowanie monochromatyczne.
Temperaturę określa średnia energia kinetyczna chaotycznych ruchów
cząstek. Energia ich wzajemnych oddziaływań jest oczywiście zróżnicowana, a
wynikiem tych oddziaływań jest promieniowanie elektromagnetyczne o określonym
widmie, w którym dominujące promieniowanie jest tym bardziej krótkofalowe, im
wyższa jest temperatura układu.
W pełni zasadne jest oczekiwanie, że do dziś istnieje promieniowanie będące reliktem bardzo wczesnego etapu ekspansji, momentu, w którym pojawiły się oddziaływania elektromagnetyczne. Wtedy też wyodrębnić się musiały cząstki masywne (leptony i hadrony), w każdym razie te, które oddziałują elektromagnetycznie. Od tego momentu, przez jakiś czas, panowała równowaga między promieniowaniem, a materią cząstek. Kreacja cząstek i ich anihilacja, przebiegały w jednakowym tempie.
W pełni zasadne jest oczekiwanie, że do dziś istnieje promieniowanie będące reliktem bardzo wczesnego etapu ekspansji, momentu, w którym pojawiły się oddziaływania elektromagnetyczne. Wtedy też wyodrębnić się musiały cząstki masywne (leptony i hadrony), w każdym razie te, które oddziałują elektromagnetycznie. Od tego momentu, przez jakiś czas, panowała równowaga między promieniowaniem, a materią cząstek. Kreacja cząstek i ich anihilacja, przebiegały w jednakowym tempie.
Zgodnie z sugestiami zawartymi w mych
pracach, najwcześniej wyodrębniły się neutrina. Miało to miejsce jeszcze
podczas trwania przyśpieszonej ekspansji, ale nie
inflacji, aż do przemiany fazowej, w wyniku której wyodrębniły się
kwarki i elektrony. Z kwarków utworzyły się od razu protony. Elektrony i protony
są cząstkami trwałymi. Równocześnie, pojawiły się pozostałe cząstki – wszystkie
nietrwałe, przede wszystkim wskutek
oddziaływania z neutrinami. W szczególności pojawiły się neutrony. [O
neutrinach, jak wyodrębniły się i o ich roli, napisałem rzeczy dosyć
zaskakujące w eseju im poświęconym – może kiedyś i
o tym napiszę.] Tak ja to widzę.
Współistniała z tą materią (substancjalną)
mnogość fotonów, tworzących środowisko, w którym zachodziły, jak opisałem
powyżej, procesy kreacji i anihilacji par różnorodnych cząstek. Z czasem, w
związku z obniżaniem się temperatury, procesy kreacji i anihilacji w zasadzie
zanikły i pozostało promieniowanie elektromagnetyczne odpowiadające coraz
niższej temperaturze (patrz prawa promieniowania ciała
doskonale czarnego). Istnieje ono do dziś jako relikt tej wczesnej
fazy ekspansji.
Materia wraz z promieniowaniem na początku stanowiła kipiącą zupę o
bardzo wysokiej temperaturze miliardów, bilionów kelwinów. Stopniowo, wraz z
ekspansją, temperatura obniżała się. Dopiero po około pół miliona lat
nieprzerwanej ekspansji (ściślej: 300 – 700 tys. lat) temperatura i gęstość
spadły na tyle, by promieniowanie oddzieliło się ostatecznie od materii
substancjalnej. To oddzielenie się nazwano rozprzężeniem. Od tego czasu
promieniowanie ilościowo (liczbą fotonów) nie zmieniło się. Temperatura
promieniowania wynosiła wówczas około 3000K, a Wszechświat stał się
przeźroczysty ponieważ promieniowanie nie jest już w stanie usunąć elektronów z
atomów*. Wodór i hel wypełniały przestrzeń prawie nie
świecąc. Było dosyć ciemno pomimo istnienia promieniowania, gdyż jego oddziaływanie
z materią było znikome, a sama materia nie
była wystarczająco skondensowana, by w jej obrębie zajść mogły procesy będące
źródłem promieniowania wtórnego... aż do pojawienia się pierwszych
gwiazd po około 200 milionach lat.
Promieniowanie to powinno istnieć do dziś
będąc skamieniałością, reliktem czasów poprzedzających prawie o dwa miliardy lat powstanie galaktyk. Promieniowanie to nie
opuściło przecież Wszechświata będąc jego integralną częścią. Dodajmy, tak
„na chłopski rozum”, że nie było to możliwe w związku z tym, że prędkość
ekspansji (hubblowskiej) równa jest c, a poza tym,
przecież obserwowalny Wszechświat jest wszystkością. Mamy więc przy
okazji, jeszcze jeden argument wspierający to (podkreślone)
twierdzenie, dziś wcale nie oczywiste.
Od procesu rozprzężenia do pojawienia się
pierwszych gwiazd musiało jeszcze upłynąc sporo czasu. Materia była mimo
wszystko zbyt gorąca, by się skupiać we fluktuacjach gęstości. Gaz będący mieszaniną
wodoru i helu (lit stanowił znikomą domieszkę), nie mógł świecić na tyle, by
mogło być to dziś dostrzegalne nawet dla największych
teleskopów. Bazując na znanych i ugruntowanych modelach ewolucji materii i gwiazd, sądzić można, że pierwsze z nich
pojawiły się, jak wspomniałem powyżej, dopiero po ok. 200 milionach lat. Czy kiedyś je dostrzeżemy? Chyba jesteśmy
na dobrej drodze, by dostrzec. Dziś zdajemy się dostrzegać, dzięki teleskopom
satelitarnym, coś w rodzaju poświaty, chyba pierwotnych gwiazd. Najnowsze obserwacje zdają się wskazywać
na coś takiego, ale w znacznym stopniu, jak na razie, to sprawa
interpretacji.
A samo promieniowanie... powinniśmy je
wykryć, z tym, że dziś jego temperatura powinna być stosunkowo niska – nie
powinno to być promieniowanie świetlne, sądząc po tym, że niebo jest przecież
czarne. Jeśli rzeczywiście miał miejsce Wielki Wybuch, to promieniowanie takie
powinno być wykryte. Powinno to być promieniowanie o charakterze cieplnym. Tak
rozumowano już pod koniec lat czterdziestych ubiegłego
wieku (George
Gamow i jego uczniowie: Herman, Alper).
Zatem promieniowanie to powinno
istnieć cały czas i wypełniać całą przestrzeń (ograniczoną przez horyzont
Hubblowski). Łączna ilość fotonów nie powinna ulegać zmianie. Powinno więc to
promieniowanie dochodzić do nas zewsząd i manifestować się prawie tym
samym natężeniem, zgodnie z zasadą kosmologiczną. „Prawie” w związku z
lokalnymi niejednorodnościami materii już w samych początkach (tu nie ważne, czy chodzi o fluktuacje
kwantowe, czy o udział ciemnej materii w kształtowaniu się form istniejących
dziś), które chyba mają jakiś
niewielki wpływ na lokalną kierunkowo gęstość promieniowania. Wpływ niewielki, gdyż fotonów jest znacznie
więcej, niż cząstek masywnych.
*) Istniały wówczas tylko trzy pierwiastki: wodór,
hel i lit. Warunki dla syntezy pozostałych pierwiastków stworzyły się dopiero z
chwilą pojawienia się gwiazd.
Baran do kwadratu
OdpowiedzUsuń