...Wszak
wielkość masy bezpośrednio określa wielkość promienia horyzontu grawitacyjnego, a ten wzrasta
razem ze wzrostem promienia hubblowskiego.
Masa Wszechświata wzrasta? Czy to możliwe? Czy w oparciu
o wiedzę współczesną można tę rzecz wyjaśnić? Czy rzecz jest do strawienia?
Jaki jest więc mechanizm wzrostu masy? Oto jest pytanie. Spróbujmy na nie
odpowiedzieć. Od razu nasuwa się teoria stanu stacjonarnego (Steady State
theory), której twórcami byli: H. Bondi, T. Gold i F. Hoyle (1948), dość
popularna w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych ub.
wieku. Zakładała ona między innymi ciągłą kreację materii z niczego, mającą zapewnić
stacjonarność cech Wszechświata pomimo jego rozszerzania się. To „z niczego” w
końcu pogrzebało tę teorię, choć wcale nie było to aż takie absurdalne,
zważywszy na to, że chodziło o roboczą próbę uratowania stabilności cech
Wszechświata, bo „to przecież Wszechświat”; zważywszy też na dzisiejszą mnogość
pomysłów nie mniej interesujących i przyjmowanych z głębokim, jeśli nie nabożnym „zrozumieniem”, jakby kamień
filozoficzny był tuż tuż. Och, choć na chwilkę być Harry Potterem... Tak
nawiasem mówiąc, nie wszystko, co istnieje, musi być widoczne. To nie było aż tak głupie, jak by się wydawało, nawet z dzisiejszej
perspektywy. Wówczas było to intuicją. Niebawem znajdziemy zgubę, czyli skąd
się bierze ta dodatkowa masa. Ale to wcale nie uratuje Wszechświata
statycznego.
Jaki jest więc mechanizm, wzrostu masy?
Odpowiedzi należy szukać z całą pewnością gdzieś indziej. Rozważmy następującą
możliwość. Wszechświat rozszerza się, co oznacza poszerzanie się horyzontu.
Tak, jak byśmy patrzyli ze startującej rakiety lub choćby ze wznoszącego się
samolotu, widząc coraz rozleglejszy krajobraz, dostrzegając wciąż nowe
szczegóły, coraz odleglejsze od punktu startu. Analogia ta sugeruje, że mowa tu
o horyzoncie łącznościowym*.
Jeśli patrzymy na kulę z coraz większej odległości,
rzeczywiście ogarniamy coraz większy obszar. Jednak całej kuli nie zobaczymy. Z
odległości nieskończenie wielkiej dostrzeżemy co najwyżej obszar półkuli. A co
jest dalej? Antyświat?... Dla przypomnienia, my znajdujemy się wewnątrz
Wszechświata. Czy zatem to, co widzimy jest wszystkością? Sądząc po rozważaniach
dotychczasowych, odpowiedź twierdząca jest wprost naturalna.
Horyzont określony przez inwariant c,
to coś innego. Tworzy on bowiem absolutną granicę między bytem, a niebytem. [Tak na marginesie, nie wyklucza to możliwości istnienia
cząstek o prędkości nadświetlnej – o tym w innym miejscu] Jeśli
jednak jest to horyzont łącznościowy, coś
za nim z
całą pewnością istnieje. Rozszerzając się ogarnia on przestrzenie dotąd dla nas
zakryte. Dzięki temu przyłączają się do nas obiekty, które jak dotąd „nie
istniały” dla nas. Czy obiekty te, przyłączając się, powiększają sukcesywnie
masę Wszechświata? Co by wynikało z tego przyłączania się? Powinniśmy odkrywać
pojawiające się nagle obiekty, podobnie jak gwiazdy Nowe lub Supernowe, z tym,
że na samym horyzoncie. Czy rozpoznalibyśmy to
po bardzo
wielkim przesunięciu ku czerwieni? Nieskończenie wielkim?
Nie koniecznie. To przecież nie horyzont hubblowski, lecz łącznościowy.
Wyłaniają się więc te, od których światło już do nas właśnie dociera. Gdzie się
wyłaniają? Znamy przecież obiekty bardzo odległe, które od dawna widzimy.
Troszkę dalej niż kwazary? Ale nie dalej niż horyzont. Zaraz, zaraz. Obiekty
które mamy wreszcie zobaczyć, istniały jednak wcześniej, choć ich nie
widzieliśmy, gdyż fotony od tych obiektów „były jeszcze w drodze”. Obiekty te
istniały przynajmniej od momentu wysłania tych fotonów. Ich masa już wtedy
stanowiła więc składnik masy Wszechświata, na długo, zanim zostały dostrzeżone.
Nie chodzi więc nam o to, czy dostrzegamy jakąś materię ekstra, czy też nie,
lecz o to, czy już istnieje jako integralny element Wszechświata. Obiekty
ewentualnie zauważone dopiero co (fotonami), nie mają nic wspólnego z tym,
czego szukamy. Czy chodziłoby więc o masę jakby powoływaną do istnienia?
Znów kłania się, odrzucona przecież z kretesem, teoria stanu stacjonarnego.
Powód do wątpliwości dla takiego stawiania sprawy daje także nasze
ustalenie, że horyzont grawitacyjny pokrywa się z horyzontem hubblowskim, skąd
wynika, że masa Wszechświata
rośnie. Dla
przypomnienia, „widoczny” przez nas horyzont jest horyzontem
hubblowskim, będącym miejscem geometrycznym punktów posiadających niezmienniczą
prędkość c. Wszystkie obiekty konkretne, galaktyki, nawet te najdalsze,
oczywiście znajdują się bliżej, oddalają się z prędkościami mniejszymi i są
widoczne dziś, choćby potencjalnie: należy zaczekać tylko na lepsze teleskopy i
pamiętać, że nie od razu po Wybuchu istniały gwiazdy**. Wszystkie przy tym obiekty wykrywamy
(jako bardzo odległe) dzięki dużej
stosunkowo wartości przesunięcia ku czerwieni. One jednak już
istnieją. Nie można faktu istnienia warunkować obserwowalnością (!),
wbrew jednemu z paradygmatów akceptowanych dziś przez wielu fizyków. Warto dodać, że w tym, co obserwujemy, zaznacza się wyraźna
stratygrafia zaawansowania ewolucyjnego obiektów. Zdajemy się nawet widzieć
pierwotne gwiazdy jeszcze zanim doszło do ukształtowania się galaktyk po
upływie ponad miliarda lat. W kontekście tym kurczowe trzymanie się
koncepcji łącznościowej raczej mija się z celem, w każdym razie nie wyjaśnia
wzrostu masy Wszechświata.
Jaki jest więc mechanizm wzrostu tej masy?
Zakładamy, że wszystko to ma sens, gdyż jak na razie (chyba) jakichś
sprzeczności logicznych nie było, pomimo uporczywości nawyków myślowych.
*) Uzgodnienie własności i
procesów nie może zachodzić z prędkością większą niż prędkość światła. W związku z opisaną tu sytuacją, dany obiekt dostrzec można dopiero po czasie, jaki potrzebuje światło, by dotrzeć od niego
do obserwatora. Na kwestię tę zwróciłem uwagę już wcześniej.
**) Nie w pełni jest to zgodne z
dzisiejszym łącznościowym pojmowaniem sprawy: „dostrzegamy dzięki fotonom,
które dotarły”, nie uwzględniającym faktu, że wraz z tym ,,kiedyś, przed
miliardami lat, wszyscy byliśmy razem”. Kwestii tej poświęcimy sporo miejsca w
daszych postach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz