Dla przypomnienia (i w
uproszczeniu), chodzi o promień czarnej dziury, innymi słowami, promień
horyzontu grawitacyjnego odpowiadającego określonej masie, zawartej w nim
całkowicie. Wyraża się on wzorem (1):
Do wzoru
tego dochodzimy z łatwością na bazie szkolnego kursu mechaniki (newtonowskie
prawo powszechnego ciążenia) i nie jest do tego potrzebna ogólna teoria względności (na niej
bazując Schwarzschild wyprowadził ten wzór podchodząc do sprawy z dużo
głębszych przesłanek). Po prostu wychodzimy ze wzoru na prędkość ucieczki (jak
druga prędkość kosmiczna 11,2 km/s) i zakładamy, że prędkość ucieczki równa
jest c.
Jeśli podstawimy do tego wzoru oszacowaną przez nas wartość masy
Wszechświata, otrzymamy następującą wartość promienia jego horyzontu
grawitacyjnego: R = 15,67 miliardów lat
świetlnych. Widzimy, że jest to liczba zbliżona wartością do promienia
Wszechświata, wyliczonego przez nas na podstawie prawa
Hubble’a (piętnastu miliardów lat świetlnych, przy założeniu, że stała H = 20).
Prawie dokładnie to samo. Zauważmy jednak, że ewentualna równość promieni:
R(graw.) = R(H) wcale nie jest taka oczywista. Stałą H (na tej podstawie
promień hubblowski Wszechświata) wyznacza się z bezpośredniego pomiaru
odległości i prędkości względnej określonych obiektów, natomiast masę
Wszechświata (a stąd promień horyzontu grawitacyjnego) oszacowaliśmy na
podstawie ekstrapolacji zliczeń obiektów widocznych, uwzględniając dodatkowo
(szacowaną) poprawkę na masę materii nie promieniującej.
A może jednak to tylko przypadkowa
zbieżność? Nie! To bardzo mało prawdopodobne, zważywszy na wielkość samej
liczby (koicydencja tak dużych liczb jest prawie nieprawdopodobna).
Twierdzenie, że ta koincydencja istniała zawsze i jest swoistą cechą
Wszechświata, nie jest więc pozbawione racjonalnego sensu. Wszak raczej nie
żyjemy w jakimś wyjątkowym czasie. Trudno byłoby się z czymś takim pogodzić,
chyba, że odwołamy się do wyjątkowej złośliwości Stwórcy. Zabił nam ćwieka?
Nie, o to Go, ja osobiście (sądzę, że tym „ja” jest każdy z nas) nie
podejrzewam. Antropomorfizacja Absolutu? Nie! To byłby szczyt pychy, szczyt
samozakłamania.
Bardziej rozsądne jest przyjęcie
(skromniejszej) tezy, że ten zakątek czasoprzestrzeni, w którym znajdujemy się, z
punktu widzenia Przyrody, nie jest wyjątkowy. Już Giordano Bruno głosił
rzecz (do roku 1600). Nie, nie mam zamiaru być jego inkarnacją. Raczej
nie jestem. Sądząc po wrodzonym znaku na mym karku, w poprzednim życiu zostałem
ścięty. Chyba byłem Lavoisierem i odrzuciłem flogiston. Moim skromnym
zdaniem, dzisiejszym flogistonem jest ciemna energia. [Czy
znów mnie zetną?] Ale nie uprzedzajmy faktów. Przyjęliśmy bowiem za słuszną, zasadę
kosmologiczną. Przyjmijmy więc, że to, co zauważyliśmy w odniesieniu do
promieni Wszechświata, nie jest przypadkiem, że coś w tym jest; być może
wskazuje to nawet na istnienie jakiejś głębokiej, zasadniczej prawdy
przyrodniczej.
Uznajmy więc te promienie za (nawet)
tożsamościowo równe, gdyż różnica, bardzo niewielka zresztą, między wynikami
naszych obliczeń (wartość długości promieni) wynika stąd, że masę Wszechświata
oszacowaliśmy z grubsza, natomiast wielkość H przyjęliśmy w sposób
arbitralny nie znając jej dokładnej wartości, choć bazowaliśmy na dziś
przyjętych oszacowaniach. Sformułujmy więc nasz wniosek w sposób bardziej
ceremonialny: Horyzont grawitacyjny Wszechświata pokrywa się z horyzontem
hubblowskim. Równość ta, a nawet tożsamość ma charakter uniwersalny. Innymi
słowy horyzont grawitacyjny bytu o masie Wszechświata pokrywa się ze „sferą”,
której odległość od obserwatora (nie ważne, gdzie się on znajduje) odpowiada
niezmienniczej prędkości ekspansji (c), będącej przecież kresem górnym
względnych prędkości obiektów (galaktyk), tak, jak wskazuje na to Prawo
Hubble’a. Odległość tę nazwiemy promieniem Wszechświata. Zobaczymy, do czego to
nas doprowadzi. Jeśli do jakichś bzdur, to porzucimy
tę kwestię zadowoleni, że wyeliminowaliśmy kolejny zły trop.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz