poniedziałek, 24 września 2018

7. Mechanizm wzrostu masy Wszechświata

   „Masa Wszechświata wzrasta” – to zasadnicza konkluzja poprzedniego postu. Wcześniej stwierdziliśmy, że zawartość materialna Wszechświata jest ograniczona (a nie nieskończona), nawet substancjalnie niezmienna. Przesłankę na to stwierdzenie stanowi przyjęte za fakt zajście Wielkiego Wybuchu. A tak swoją drogą (i z innej beczki) konsystentne to jest z zasadą zachowania liczby barionowej i leptonowej. Kiedyś więc ta „zabawa” powinna się skończyć (bo ilość materii jest ograniczona). Dojdziemy do granicy wzrostu masy. [„Chyba, że wzrost masy jest asymptotyczny ku jakiemuś kresowi górnemu.” Staram się rozważać różne opcje. Tu jednak trochę przeszkadza ta asymptotyczność, gdyż chodzi o realny świat i rzeczywistą materię. W przyszłości, jak Bozia da, wskażę (nie bez matematyki) właśnie na to, że w rozwoju materii, a szczególnie w oddziaływaniach, istnieją konkretne granice absolutne – nie asymptotyczne. Ale musicie uzbroić się w cierpliwość.] Co wtedy? W tym kontekście logiczną wydaje się hipoteza, że Wszechświat zacznie się kurczyć. Trudno bowiem liczyć na to, że ekspansja nagle zatrzyma się. „Tak nagle? Co będzie dalej?” Zatem mamy Wszechświat oscylujący. Zauważcie, że do konkluzji tej doszliśmy ponownie i to wychodząc z innych przesłanek, niż w artykule pierwszym, o zasadzie kosmologicznej. Wówczas tę właśnie opcję rozwoju Wszechświata uznałem za priorytetową. To nas (powiedzmy, że mnie) utwierdza w tym przekonaniu. Hipoteza o takim właśnie Wszechświecie wprost narzuca się. Mamy więc jeszcze jeden argument na potwierdzenie tezy o periodyczności cech przestrzennych (może też fizycznych) Wszechświata. Argumentacja na rzecz tej tezy pogłębia się więc. Wynikać więc by mogło stąd, że w półokresie zapadania się, masa Wszechświata powinna maleć.  No dobrze, ale...
     Jak dotąd oszacowaliśmy masę Wszechświata traktując ją jako wielkość określającą zawartość materialną (powiedzmy: substancjalną). [Tu nie bierzemy pod uwagę składnika termodynamicznego, o którym wspomniałem pod koniec postu trzeciego.] A tu niespodzianka. Masa wzrasta, choć wcale nie uważam, że wzrasta liczba nukleonów, elektronów i innych cząstek (wiemy dlaczego). W Przyrodzie nie ma hokus-pokus. Skąd się może brać ta dodatkowa masa? [„W gruncie rzeczy chodzi o Umowną Masę Wszechświata” – to jednak nie uspakaja.] Zgodnie z ustaleniem wcześniejszym Wszechświat jest wszystkim, jest tworem zamkniętym, więc nic zzewnątrz nie przybywa. Także odrzucamy możliwość tworzenia się materii z niczego. A może ta dodatkowa masa jest po prostu równoważna energii? Jakiej? Jaka energia wzrasta wraz ze wzrastaniem rozmiarów, jaka energia jest funkcją wzajemnej odległości? Wiadomo, energia potencjalna.  Czy zatem ta dodatkowa masa bierze się ze wzrastającej energii potencjalnej oddziaływania grawitacyjnego wszystkich bez wyjątku obiektów – od najmniejszego do największego? Bo skąd? Energia ta powinna więc sukcesywnie wzrastać w związku ze wzrostem wzajemnej odległości ciał. I tak było zawsze? Nawet wtedy, gdy nie było naszych nukleonów i elektronów? A co było? W tym kontekście warto przypomnieć sobie o grawitacji dualnej, o której, zgodnie z moją zapowiedzią, będzie mowa, o Ureli i przemianie fazowej kończącej ją – będzie i o tym. Na razie, to tylko hasła w wydumanej encyklopedii. Sądzę, że ten właśnie kierunek należy obrać, by roztrzygnąć kwestię mechanizmu wzrostu masy Wszechświata.
     Masa Wszechświata, zresztą tak, jak masa każdego obiektu, jest masą grawitacyjną. [W serii opisującej grawitację dualną, będzie mowa także o masie bezwładnej. Uzasadnię tam postulat Einsteina o równości tych mas. Cierpliwości.] Masa ta wzrasta wraz ze wzrostem odległości między elementami układu, wzrostem energii potencjalnej oddziaływania grawitacyjnego między nimi. Maleje wówczas niedobór masy. Podobnie Wszechświat. Wszak jego zawartość materialna nie ulega zmianie. Teorię stanu stacjonarnego w tym kontekście można ze spokojem odrzucić. Zatem wzrost masy Wszechświata jest powiązany bezpośrednio, zsynchronizowany ze wzrostem jego grawitacyjnej energii potencjalnej... Łatwo powiedzieć...   
     Brzmi to trochę obco dla obcujących na codzień z ogólną teorią względności. Energia potencjalna nie jest rozważana przez OTW. Chodzi o to, że w ogólnej teorii względności energię pola grawitacyjnego (potencjalną) można zdefiniować tylko wtedy, gdy „czasoprzestrzeń jest asymptotycznie płaska”. Dziś sądzi się, że zakrzywiona czasoprzestrzeń w jednorodnym i rozszerzającym się Wszechświecie nie spełnia tego warunku. Jednak myśmy przyjęli, z uzasadnieniem, że przestrzeń Wszechświata jest, nawet immanentnie, płaska. Nie chodzi nawet o asymptotę. Zgodnie z koncepcją preferowaną w tej pracy, przestrzeń w skali bytów materialnych raczej nie jest bytem autonomicznym, pierwotnością, podkładem dla geometrii sprawiającej, że nieruch jest ruchem. Przeciwnie. Tworzy ją ruch względny materii. Stąd też najprawdopodobniej jej immanentna (tak, tak...) płaskość. Model balonika nie jest więc tu adekwatny, a problem płaskości wprost nie istnieje. Dzięki temu energia potencjalna tutaj ma konkretny sens, wbrew dzisiejszemu stawianiu spraw. [Tak nawiasem mówiąc, nie jest to wcale sprzeczne z możliwością istnienia czwartego wymiaru przestrzennego, „odpowiedzialnego" za specyficzną topologię Wszechświata, wymiaru (właściwie dodatkowego parametru), stanowiącego o periodyczności jego cech tak przestrzennych, jak i fizycznych. Już kiedyś, w szóstym poście poprzedniego cyklu, zdefiniowałem czas (filozoficznie, a nie fizykalnie) jako byt określony przez cykliczną zmienność Przyrody.] Jak wiadomo, to dzisiejsze stawianie spraw prowadzi do dwóch, klasycznych już, problemów kosmologicznych: wspomnianej powyżej płaskości i horyzontu (także ten problem niebawem odproblemuje się). Świadczy to o nieadekwatności dzisiejszego ogólnego podejścia z immanentnymi cechami Wszechświata. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Ratunkiem dla koncepcji einsteinowsko-friedmannowskiej, wmiatającym pod dywan owe problemy kosmologiczne, była hipoteza inflacji Alana Gutha, która jednak wprost razi swą sztucznością i typowo ludzkim kombinatorstwem. Z jednej strony mamy kwantową teorię pola, stroniącą od grawitacji nie dającej się zrenormalizować, z drugiej zaś teorię grawitacji (OTW). To tylko modus vivendi, Stwórca nie jest partaczem. A dla ludzi... to wspaniała przygoda w poszukiwaniu Prawdy.
   Dodać do tego należy jeszcze jedną rzecz. Otóż zgodnie z równaniem Friedmanna możliwa jest opcja ekspansji nieskończonej, w przypadku rozwoju Wszechświata zgodnie z modelami krytycznym i otwartym. W tej sytuacji rozważanie energii potencjalnej stworzyłoby dodatkowy kłopot natury filozoficznej. Zmierzając ku obiektywnej prawdzie należy bowiem unikać nieskończoności (a także osobliwości). 
     W pracy tej, jak widać, celowo nie bazuję na ogólnej teorii względności (rozumiem doskonale niewybaczalność tego kroku). By być OK musiałbym nic nie robić, dumny (bez jakiejkolwiek zadumy) z osiągnięć nauki. Dumny jestem z tych osiągnięć, ale to nie wystarcza. Podjąłem więc (w swej arogancji) próbę testowania spraw za pomocą środków klasycznych, choć, co ważne, z uwzględnieniem efektów relatywistycznych. Wbrew pozorom nie odrzucam OTW. Uważam jednak, że teoria ta jest na razie niedokończona: wobec układów astronomicznie makroskopowych działa bez zarzutu, natomiast do opisu Wszechświata jako całości jest nierelewantna. To dla niej za duże buty. [Tak przy okazji ponownie przestrzegam przed ontologizacją procedur obliczeniowych, a w tym pojęć o charakterze matematycznym.]
   Sądzę, że powinna na przykład uwzględniać istnienie niedoboru masy. To może być przyczyną niedopasowania równań Friedmanna do kosmologicznej rzeczywistości, przyczyną tego, że w odniesieniu do Wszechświata OTW nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Tak, nie spełniła, choć jak na razie nikogo, z tych, którzy ją stosują w kosmologii, nie stać na odwagę, by tę rzecz stwierdzić otwarcie, by nawet o tym pomyśleć. Stwierdzić? Uświadomić sobie. Na ogół kałapućkają się oni w matematycznym modelowaniu, dumni z doskonałości swego warsztatu. Oto jedna z przyczyn tego, że postanowiłem zabrać głos i podejść do sprawy w sposób niekonwencjonalny.
   A w mikroświecie? Po prostu grawitacja nie jest brana pod uwagę, rzekomo z powodu swej słabości. W tej skali scedowano wszystko na kwantową teorię pola, która nie rozważa grawitacji. Dlaczego nie można jej zrenormalizować w obliczeniach?... Z całą pewnością nie dlatego, gdyż jest zbyt słaba w skali cząstek. Słabość, wbrew niektórym, nie oznacza nieistnienia. To, że nie można jej zrenormalizować w obliczeniach stanowi motywację dosyć ważką do traktowania grawitacji jako nie tyle oddziaływanie, co stan (taki, czy inny) zakrzywienia czasoprzestrzeni. Ale to łatwizna.
    A jeszcze głębiej, w skali struktury cząstek, grawitacja jest wyjątkowo silna, a nawet stanowi bazę dla wszystkich oddziaływań. Przekonacie się o tym jeśli uważnie śledzić będziecie kolejne posty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz