piątek, 12 października 2018

8. Co by z tego wszystkiego mogło wynikać?


    Moim skromnym zdaniem rozwiązanie jest dużo prostsze. Niewątpliwie bazuje ono na tym, że bardzo wielka prędkość obiektów o charakterze kosmologicznym (wystarczająco odległych) wymaga uwzględnienia efektów relatywistycznych, co jest tu możliwe w związku z tym, że cały Wszechświat jest przestrzennie płaski euklidesowy.  Ale to nie wszystko.
    A teraz zwróćmy uwagę. Podkreślam jeszcze raz: „Wielki Wybuch” rzeczywiście miał miejsce, więc kiedyś wszyscy byliśmy razem! Czyżby o tym zapomniano? Od tego momentu, cały czas widzimy się wzajemnie, wszyscy, cały Wszechświat wszystkimi swoimi częściami. To tak, jak dwa samochody, które rozstały się wyruszając równocześnie z tego samego miejsca by podążać, każdy w swoją stronę nie traciwszy przy tym ani na chwilę kontaktu wzrokowego. Także my, cały ten długi czas, od zarania kosmicznych dziejów, jesteśmy w kontakcie wzrokowym ze wszystkimi, najodleglejszymi nawet galaktykami. Oczekiwanie na łączność za pomocą fotonów (by obiekt wreszcie zobaczyć) jest bezzasadne, wprost nie trzyma się kupy, jest czymś alogicznym. Owszem miałoby to jakiś sens, gdyby Wszechświat był nieskończony i statyczny. Można by przypuszczać, że jak na razie zakodowani jesteśmy podświadomie takim właśnie modelowaniem Wszechświata. Może miałoby sens, gdyby tworzyły się nowe byty (z niczego). Chyba raczej nie tworzą się, respektując podstawowe prawa przyrody (z tych, które zdążyliśmy już odkryć, w szczególności zasady zachowania). [A tak na marginesie, istnienie zasad zachowania świadczy też o tym, że Wszechświat jest ilościowo ograniczony.]
Wniosek: Problem horyzontu w gruncie rzeczy nie istnieje. Został wydumany na bazie paradygmatu łącznościowego.
    Co innego czas, który upłynął od zajścia określonego zdarzenia, na przykład wybuchu supernowej (albo „kichy” w jednym z oddalających się wzajemnie samochodów). W tym przypadku wyznaczamy czas w sposób tradycyjny, dzieląc znaną odległość przez prędkość światła. Nie stanowi problemu wyznaczanie czasu gdy mowa o obiektach stosunkowo bliskich, o małej prędkości kosmologicznej. Dość problematyczne jest jednak wyznaczenie czasu gdy mowa jest o zdarzeniach, które miały miejsce w obiektach bardziej oddalonych, choćby dlatego, że odległość dzisiejsza jest inna, nawet znacznie większa niż, w momencie ich zajścia. Przykład stanowić może wybuch supernowej w jakiejś odległej galaktyce. [Wybuch ten nie ma oczywiście nic wspólnego z kosmologią. To wydarzenie o charakterze lokalnym. Traktowanie go jako faktor o charakterze kosmologicznym nie ma sensu. A jednak...] Temat ten rozwinę dalej. Lavoisier obalił flogiston i go ścięli, a ja mam na karku znak po tym...
    A może właśnie tu tkwi przyczyna stwierdzonej obserwacyjnie, mniejszej niż oczekiwana jasności supernowych z odległych galaktyk? Jak wiemy, wyciągnięto stąd wniosek, że galaktyki, do których należą wspomniane supernowe, znajdują się dalej, niż by to wynikało z prawa Hubble’a, w odniesieniu do ich prędkości wyznaczonych z przesunięcia widm ku czerwieni. Jak wiemy, było to przesłanką dla konkluzji, że prędkość ekspansji rośnie. Konsekwencją tego było wymyślenie ciemnej energii jakby pasującej do stałej kosmologicznej, którą, wbrew postanowieniu Einsteina przywrócono do łask i trzymano w zanadrzu. I oto nadarzyła się okazja... Chyba znów mamy do czynienia z klasycznym mnożeniem bytów ponad potrzebę. Czy zbytek arogancji z mojej strony? Zobaczymy dalej.

Tak między nami, z każdym rokiem przybywa młodych ambitnych fizyków, a nowych podstawowych idei brak. Potrzebne są nowe tematy badawcze. O proszę, stała kosmologiczna – pobawmy się nią. Wcześniej były superstruny. Ich temat już właściwie wyczerpał się. Teraz mamy już nowy pomysł: „A nuż prędkość światła zmienia się?” Co uzasadnia tę rzecz? Nie ważne. Mamy nową ideę do rozpracowania – teoria VSL João Magueijo (Variable Speed of Light). I tak się toczy nauka. Trzeba podkreślić, że wszystkie te (i inne) usiłowania nie wybiegają poza określoną mega-koncepcję. 
    Propozycję zgoła innego rozwiązania kwestii sugeruje pytanie zadane tuż powyżej (to zapisane tłustym drukiem). Rozwijając je zauważmy, że światło od wspomnianych supernowych musiało, by do nas dotrzeć, przebyć dłuższą drogę, niż ich odległość od nas w momencie wybuchu. Same macierzyste galaktyki nie uczestniczyły w tym procederze, pełniąc uczciwie rolę wymienionych wyżej samochodów. To tylko przypuszczenie. By uzasadnić zasadność podjęcia tej kwestii, należy przeprowadzić stosowne obliczenia. Zrobimy to jednak później, zaopatrzeni w odpowiednie środki natury ilościowej, a także umotywowani wynikami rozważań, jakie przeprowadzimy niebawem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz