poniedziałek, 8 października 2018

3. Problem horyzontu zgodnie z dzisiejszym widzeniem spraw


   Zasygnalizowany tu został (w dość niekonwencjonalny sposób), tak zwany problem horyzontu, jeden z dwóch podstawowych problemów kosmologii  (ten drugi, to problem płaskości, który dla nas przestał już być problemem). Nawet go wstępnie „ideologicznie” roztrzygnąłem bazując na specyficznej wizji topologii Wszechświata. Zagadnienie to omówione zostało wcześniej. 


Dla przypomnienia, można tę topologię przedstawić tak: „My znajdujemy się w jego środku, stanowimy (subiektywne) centrum, a równocześnie znajdujemy się najdalej od „miejsca Wybuchu””. Mój znajomy topolog, pomimo zachęty, nie uznał za słuszne, zajęcie się tym tematem. Stracił ciekawy temat badawczy. Starożytna sentencja mówi: „Bóg jest nieskończoną sferą, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie”. Powtarzam, to sentencja starożytna, której źródło ginie w pomroce dziejów. Znana była tak w starożytnym Egipcie, jak i w Ameryce Południowej-środkowej (Majowie). To znamienne, że lepiej oddaje ona sedno, niż dzisiejsze uczone teorie kosmologiczne. Skąd oni to wiedzieli? A my sądzimy, że model ze słoniami na żółwiach odpowiada pojęciu starożytnych o Wszechświecie. Ludzkość przez tysiące lat głupiała. A my co? Jako masa – nie? Jeszcze do tematu tego [Topologii, czy ogłupiania? I tego i tego.] powrócimy.

   Jednak  wbrew pozorom to jeszcze nie koniec debaty na ten temat. To tylko wstęp, gdyż same „problemy” wynikają wprost z dzisiejszego opisu spraw bazującego na OTW i na paradygmacie łącznościowym*, a także na zdemonizowanej mechanice kwantowej (na przykład „funkcja falowa Wszechświata”).
    Spróbuję w uproszczeniu opisać problem ten nieco inaczej, w sposób bardziej tradycyjny, by później zaproponować jego rozwiązanie zgoła odmienne niż to powszechnie znane, a we mnie wzbudzające sporo wątpliwości. Za chwilę przedstawię pierwsze argumenty. Potem dla upoglądowienia sprawy zilustruję rzecz przykładami obliczeniowymi.
   Obserwator, znajdujący się w dowolnym miejscu (zasada kosmologiczna) widzi siebie jako centrum Wszechświata. Patrząc w lewo i w prawo spogląda oczywiście ku jego granicom, ku horyzontowi. Jak daleko sięga jego wzrok, widzi po ubu stronach to samo: tę samą materię, te same cechy jej rozkładu. Dostrzega obiekty (będąc w środku), których wzajemna odległość sprawia wrażenie większej (w skrajnym przypadku nawet prawie dwukrotnie), niż odległość od horyzontu (promień Wszechświata). [Tradycyjnie przyjmuje się, że tak właśnie jest pomimo rzekomego zakrzywienia przestrzeni, pomimo, że Wszechświat, wbrew konserwatywnej intuicji (lub intelektualnego lenistwa), nie jest nieskończony.]
    „Swiatło nie mogło więc w czasie równym wiekowi Wszechświata przebyć drogi dzielącej je. Jeszcze nie doszło do kontaktu między nimi, nie mogło dojść do uzgodnienia cech, procesów i rozkładu materii. Z tego samego powodu także my (ponoć) widzimy tylko część Wszechświata. [Nazwano to uzgodnieniem termalnym. Dlaczego termalnym? Przecież jeszcze temperatura nie istniała, bo nie było chaosu. Chyba, że temperaturą nazwano tym razem gęstość energii wyzwolonej z energii próżni. Co ci ludziska nie wymyślą...]
A jednak ich cechy fizykalne nie różnią się niczym istotnym. Dowodem obserwacyjnym tego jest izotropowość i jednorodność promieniowania tła, biegnącego od tych nie kontaktujących się (ponoć) ze sobą obszarów (z lewa i z prawa), stwierdzona dzięki intensywnym badaniom prowadzonym w ostatnich latach.” Godne podkreślenia jest to, że chodzi o promieniowanie, będące reliktem czasów, w których dopiero kształtowało się dzisiejsze oblicze Wszechświata. Jego wiek jest przecież skończony. Wszak gdyby Wszechświat był nieskończenie wielki, nie dostrzeglibyśmy gradacji zaawansowania ewolucyjnego obserwowanych obiektów. Tak można „podsumować” tradycyjne widzenie sprawy. „Mamy więc problem. Co się stało, jakie zdarzenie spowodowało to, że mimo wszystko Wszechświat jest jednorodny i izotropowy (już pomijając to, że przestrzeń jaką tworzy jest płaska)?” Wszyscy myślą, że stało się coś wyjątkowego. Deus ex machina? „Oczywiście, Inflacja!” A jednak nie koniecznie. W gruncie rzeczy należało zapytać inaczej. Zamiast: „Co się stało, by...?”, można było zapytać: „Jaka jest przyczyna?”. Nie chodzi więc o jakieś ekstra wydarzenie dla spełnienia potrzeb (ukryta celowość). W każdym razie nie mam przekonania do tego, że mogło zajść wydarzenie skonstruowane w sposób sztuczny tak, by dopasować się do znanych faktów i przy tym pozbyć się problemów dotąd nie rozwiązanych. [Domyślić się można, że tym wspaniałym konstruktorem jest nie kto inny, jak sam człowiek (z całym bagażem niedostatków). Czy to podejście jest w stu procentach naukowe? Po Stwórcy (nie ważna semanytyka tego pojęcia) oczekiwać należałoby doskonałości i pełnej symetrii.] Inflacja jest (bo w rzeczywistości jej nie było) wydarzeniem w gruncie rzeczy bezprzyczynowym: „Aż tu nagle jak nie pier...” w niemiejscu i w nieczasie. O hipotezie tej znacznie więcej będzie w eseju specjalnie jej poświęconym. Jak wiadomo, już z poprzednich postów, na samym początku BB zajść miał proces przyśpieszonej ekspansji: Urela, będący skutkiem odpychania grawitacyjnego (grawitacja dualna mojego chowu); proces stanowiący pierwszy etap, początek cyklu oscylacji Wszechświata. Tu, w przeciwieństwie do inflacji, mamy konkretną przyczynę fizyczną, konkretny proces (odpychanie grawitacyjne), a nie jakieś deus ex machina. [Cierpliwości, i to zostanie opisane.]
   Zatem, czy ci z antypodów nie mogą widzieć się wzajemnie? Nie mogą, gdyż światło jeszcze nie zdążyło przebyć drogi równej odległości między nimi? By roztrzygnąć sprawę przypomnijmy sobie, że horyzont jest wspólny dla wszystkich, bo jest to moment Wybuchu, w którym wszyscy uczestniczyliśmy, a zasada kosmologiczna obowiązuje wszystkich w jednakowym stopniu. Zasada ta żąda, by odległość wszystkich od horyzontu była jednakowa, gdyż wszyscy są sobie równoważni, a horyzont jest wspólnym dla wszystkich miejscem (momentem) startu. Poza tym, ci tam z antypodów wcale nie uważają, że horyzont znajduje się tuż tuż. Horyzont dla nich jest tak samo odległy, jak dla nas. Zatem, jeśli ja, będąc w centrum, widzę i jednych i drugich, czy to pewne, że oni sami się nawzajem nie widzą? Tylko dlatego, gdyż my (dziś) nie widzimy, nie dostrzegamy możliwości ich wzajemnego kontaktu, ograniczeni przez paradygmat łącznościowy (i demon nieskończoności), a przestrzeń Wszechświata postrzegamy tak samo, jak przestrzeń naszego fizycznego otoczenia? Wyobrażeniowa skamieniałość?
     Poza tym, tak dla przypomnienia, co najważniejsze, wszyscy wtedy byliśmy razem, wszyscy się nawzajem widzimy od samego opoczątku Wielkiego Wybuchu. Zatem czekanie na fotony, które mają dotrzeć, byśmy mogli zobaczyć po raz pierwszy w historii jakiś tam obiekt, jest nieporozumieniem, powiedziałbym nawet: „infantylnością” (choć trzeba przyznać, że inflatylną), gdyby nie to, że dziecko tak by nie pomyślało. Chyba, że Wszechświat jest nieskończony i statyczny. W tym wariancie jednak już czekać nie trzeba (w związku z czasową nieskończonością i niezmiennością). Widocznie mentalnie jesteśmy jeszcze tam (demon). Wszystko wskazuje jednak na to, że Wszechświat ewoluuje, aktualnie ekspanduje, a kiedyś w przeszłości był czymś bardzo małym. A jednak mimo wszystko paradygmat łącznościowy stał się automatyczną bazą dla wartościowań, bazą dla wnioskowania i pojmowania kosmologii i... wyprowadził nas na manowce, czego oznaką jest istnienie między innymi problemu horyzontu. Paradygmat ten stał się wprost mentalnym DNA. Przydał się więc pomysł inflacji, której „trafność” polega na dopasowaniu się do problemów, by je zminimalizować do obserwacyjnego zera, ale nie zlikwidować, nie wyeliminować. Zatem nie tędy droga Przydał się też tutaj, dla uwypuklenia sztuczności i niekonsekwencji tradycyjnego myślenia kosmologicznego.  Jeszcze wrócimy do tego wątku.

*) Opisałem to w jednym z odnośników w serii poświęconej prawu Hubble'a. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz