Tu warto się zastanowić. Próżnia nie jest całkiem pusta. Zgodne to jest z dzisiejszym widzeniem spraw, z tym, że
oficjalnie chodzi o (dość zagadkową) energię próżni. Natomiast zgodnie z naszym
modelem, pełno w niej plankonów. Nie widzimy ich z
wiadomych (już) przyczyn. Rozszerzający się Wszechświat tworzy więc miejsce dla nowych, umożliwiając tym stopniowy rozpad fotonów.
Tuż powyżej zauważyłem, że zjawisko to, jeśli w ogóle ma miejsce w
rzeczywistości, a nie tylko w mej skołatanej wyobraźni, powinno mieć charakter
kwantowy, gdyż „gubienie plankonów” i fotonów elementarnych, nie jest przecież
procesem o charakterze ciągłym. „Co jaki czas (w uśrednieniu) następuje?” –
także o to można by zapytać, a nawet spróbować odpowiedzieć. I na to (z bożą
pomocą) przyjdzie czas. Już rozważanie tej kwestii jest wielkim postępem. Oto
jeszcze jedna korzyść z przyjęcia istnienia bytu elementarnego absolutnie. Dla
przypomnienia, masa Plancka jest bardzo duża w porównaniu z masą cząstek
nazywanych przez nas elementarnymi. Gdyby nie ta kwantowość, chyba (gdybyśmy w
ogóle powstali) już by nas nie było. Jest to też spójne ze wzrostem masy
Wszechświata proporcjonalnie do jego rozmiarów (a więc i czasu) – o tym mowa, szczególnie w artykule traktującym o masie
Wszechświata. Tak na marginesie można dodać, że uwalniane do „roztworu”
plankony stanowią element budulcowy ciemnej materii (zgodnie z moimi
fantazjami). Jej tworzenie się jest procesem nieustającym (aż do inwersji
Wszechświata) – nie tylko jest wynikiem przemiany fazowej kończącej proces
ureli. Różnica polega jednak na tym, że ciemna materia z fluktuacji będącej
wynikiem przemiany fazowej, sfraktalizowała się, utworzyła wyspy dominacji
grawitacyjnej, ściągające materię hadronowo-leptonową („Jak powstały galaktyki?”),
natomiast plankony uwalniające się ze skruszających się fotonów, tworząc
jednorodną sieć ze wszystkich stron, przecież nie mogą powodować przyciagania
grawitacyjnego (powszechna kompensacja).
Tak dla przypomnienia dodajmy, że proces wzrostu długości
fali promieniowania reliktowego powiązany jest ze wzrostem rozmiarow
Wszechświata, tak w opisie termodynamicznym, jak i strukturalnym. Te dwa
czynniki zazębiają się z uwalnianiem do sieci pojedyńczych plankonów.
Promieniowanie tła, dziś
już tylko mikrofalowe, jest więc „dowodem” rozszerzania się Wszechświata. Wraz
z tym, przechodzące „do roztworu” plankony powodują wzrost globalnej masy
Wszechświata, bo choć są (fotonowo) niewidoczne, schowane pod swym horyzontem, masą swą przewyższają
znacznie, znane cząstki elementarne. Przechodzą „do roztworu” w określonym tempie, proporcjonalnym do tempa
ekspansji (patrz:
Refleksje).
Tak
przy okazji zauważmy, że tych elementarnych fotonów jest coraz więcej. Nic więc
dziwnego, że (statystyczne) maksimum promieniowania reliktowego (widmo
promieniowania ciała doskonale czarnego, prawo Wiena) skłania się ku falom
coraz dłuższym, co oznacza także stopniowe obniżanie się temperatury tego
promieniowania. Na inny aspekt tego obniżania się temperatury zwróciłem uwagę
powyżej i oczywiście w artykule poświęconym badaniom tego promieniowania. À
propos, ciekawe, czy w momencie inwersji Wszechświata (z ekspansji w
kontrakcję), widmo promieniowania reliktowego zawierać będzie wyłącznie
promieniowanie monochromatyczne (elementarne). Czy będzie to oznaczało
temperaturę zera bezwzględnego? [Tu chodziłoby o temperaturę promieniowania
tła, a nie o temperaturę lokalną konkretnych obiektów.]
Zatem, widocznie w tym tkwi przyczyna przewidywanego w
innym miejscu związku pomiędzy ekspansją, a stopniowym wzrostem masy (i
globalnej energii potencjalnej) Wszechświata. Uzasadnia to też zasadność
obliczeń zmian długości fali, bazujących na wzroście globalnych rozmiarów
Wszechświata, choćby tylko przybliżonych. Mamy więc zbieżność
sukcesywnego wzrostu masy Wszechświata z wydłużaniem się fal promieniowania
reliktowego. Większa masa-grawitacja i większa długość fali. Zgadza się, ale to
dotyczy wyłącznie nielokalnego charakteru tych zmian. Inna sprawa, że
rejestrujemy to także w skali lokalnej – w pełni uzasadniona analogia.
Spójne to jest
zresztą ze stwierdzonym obserwacyjnie rozwojem „krytycznym” Wszechświata,
a właściwie z płaskością przestrzeni, jaką tworzy. Mógłby jednak ktoś
skonstatować: „W pewnym momencie rozpocząć się może także rozkład elsymonów,
innych niż fotony. Widocznie, na razie (?), nie pozwala na to jakaś zasada
wykluczania, uniemożliwiająca rozpad (wykruszanie się)
cząstek masywnych. Nadejdzie więc wówczas czas gdy wskutek skokowego wzrostu
masy, ekspansja ustąpi kontrakcji, gdyż rozpocznie się rozwój według friedmannowskiego
modelu zamkniętego.” Nic z tych rzeczy, nie tylko dlatego, że zasadniczo nie
bazujemy na OTW. Powyżej zauważyłem, że protony i elektrony są absolutnie
trwałe. Nie mogą się skruszać, bo na co (?). Z fotonami inna historia. Zatem
pomysł z wykruszaniem się cząstek masywnych nie wypalił. W dodatku nie istnieje
powód dla którego byłoby uzasadnione wymyślanie jakiegoś nowego progu lub
wprost przemiany fazowej. Nie mnóżmy bytów ponad potrzebę. Protony i elektrony są niezmienne przez swą budowę (tak, jak niezmienne są
plankony). Jakoś trudno oczekiwać „promieniowania reliktowego”
elektronowo-protonowego dla samej analogii z elektromagnetycznym. Zresztą, już sama obserwacja (promieniowanie) nawet najdalszych
obiektów, świadczy o tym, że cechy i budowa materii, nie ulegają zmianie. Elektrony i protony,
wraz z pozostałą materią masywną, dotrwają do inwersji. Zacytowana powyżej
konstatacja (ta oparta na równaniu Friedmanna),
to tylko jedna z opcji, nie uznawana przeze mnie za słuszną,
choć z konieczności przedstawiona także tu, choćby po to, by uwypuklić
preferowane rozwiązanie kwestii, a także po to, by rozważyć wszelkie nasuwające
się możliwości. Tego wymaga bowiem naukowy obiektywizm. Według mnie bardziej do
przyjęcia jest inna opcja rozwoju, nie bazująca na modelowaniu friedmannowskim,
opcja rozwoju we Wszechświecie
immanentnie płaskim, niezależnie od kierunku ewolucji (ekspansja-kontrakcja) –
dzięki specyficznej geometrii Wszechświata, współuwarunkowanej przez ciągłą
zmianę inwariantu c. W warunkach tych inwariantna prędkość ekspansji, w naszej
trójwymiarowej percepcji, kiedyś, w momencie inwersji, zmaleje do minimum, by
podczas zapadania się wzrastać następnie aż do wyzerowania się masy
Wszechświata u progu jego zatrzymania, kończącego kontrakcję. [„U kresu dni”.] Być
może istnieje jakiś związek (odwrotny) pomiędzy masą Wszechświata, a wielkością
inwariantu. Ten model wydaje mi się bardziej spójny. Zauważmy, że w trakcie
kontrakcji fotony, by podążać z duchem czasu, tym razem, wyławiać będą wciąż
(oczywiście z „fałszywej próżni”) fotony elementarne i plankony, które im
pouciekały w fazie ekspansji. Co nie mniej ważne, model ten także nie
wymaga rozpadu cząstek nie będących fotonami, a więc rozpadu materii
substancjalnej. Dzięki temu materia Wszechświata zapadającego się nie będzie
zasadniczo różnić się od materii istniejącej dziś. A czym się będzie różnić?
Otóż tym, że będzie antymaterią. Tam (wówczas) jednak, ci, którzy dostąpią
zaszczytu bycia świadkami przewrotu, nie doświadczą niczego, nie poczują nic.
Pyk i po krzyku. Już gdzieś o tym pisałem (i będę pisał). Tym uratowałem życie
naszym dalekim potomkom. A może już teraz zapadamy się nie wiedząc o tym, a ja
bezwiednie występuję w zaszczycającej mnie roli ratującego ludzkość? Raczej
nie, gdyż zaobserwowane „przyśpieszenie” ekspansji świadczyłoby raczej o tym,
że w dalszym ciągu rozszerzamy się pomimo, że to przyśpieszenie jest pozorne (Mowa
o tym w artykułach, w których pojawiło się dość wymowne określenie: „Katastrofa
Horyzontalna”).
Refleksje
Od razu pojawia się refleksja. Wszechświat rozszerza się.
Przyjmijmy, że jest, w związku ze swą symetrią rodzajem kuli. Zauważmy, że w
miarę rozszerzania się go, objętość kolejnych warstw kulistych powiększających
Wszechświat w jednakowych interwałach czasowych, jest coraz większa. Przy tym,
zgodnie z ustaleniem w innym miejscu, masa Wszechświata rośnie proporcjonalnie
do czasu. [Można więc z grubsza oszacować sekundowy wzrost masy Wszechświata na
100 tysięcy mas Słońca.] Od razu
kojarzy się to z teorią stanu stacjonarnego (Hoyl, Gold, Bondi). Tu
jednak jest konkretna przyczyna wzrostu masy. Masa wzrasta za sprawą wzrostu
energii potencjalnej Wszechświata, jako równoważna jej przyrostowi. (Tu warto
zajrzeć do artykułu poświęconego masie Wszechświata) Na to, by o tym pomyśleć w
połowie dwudziestego wieku było widocznie za wcześnie. Przyczyna: nie branie
pod uwagę energii potencjalnej w związku z przyjęciem ogólnej teorii
względności za podstawę dla wszelkich dociekań kosmologicznych. Podstawę
skojarzeniową dla takiego (bądź co bądź dość zaskakującego) stawiania
sprawy daje już artykuł,
traktujący o dualności grawitacji.
Czy zatem tempo skruszania
się fotonów wzrasta (by zapełnić wzrastającą objętość)? A jeśli nie wzrasta, to
dzięki czemu? Czy dzięki stopniowemu maleniu inwariantu c? Na wiążącą odpowiedź
troszkę za wcześnie. Najpierw zaopatrzyć się należy w odpwiednią liczbę pytań.
Oto niektóre z nich: W jaki sposób więc plankony mają „przechodzić do
roztworu”, jeśli wszystko ma się trzymać kupy? Widocznie nie wyskakują „jak
leci”, lecz co jakiś czas, bo nie od razu zwalnia się miejsce (Czy plankony są
fermionami? Już padła odpowiedź twierdząca.). W dodatku ich masa jest bardzo
wielka w porównaniu z masami znanych nam cząstek. Wyraźnie ujawnia się więc tutaj
skwantowanie, dyskretność poziomów. Taki ład i porządek? Do tego stopnia? Z
pełnym samouzgodnieniem na cały ogromny Wszechświat? To fantastyczne! Czy
prawdziwe? Czy mimo wszystko wyskakują coraz częściej (sądząc po
charakterze wzrostu objętości)? Nie chciałbym, by tak było. To rodzaj
niedopasowania Zatem przyjmijmy, że malenie inwariantu c zsynchronizowane jest
ze wzrostem promienia Wszechświata tak, że przyrost objętości jest stały (?).
Nie, nie stały. Chyba jest nawet malejącą funkcją czasu, bo to wszystko ma się
kiedyś zatrzymać. W artykule poświęconym oscylacjom Wszechświata, przedstawiłem
domniemany wykres zmian inwariantu c. Oto on.
Zmienność (taką lub inną) należałoby ewentualnie uwzględnić także w oszacowaniach
zmian masy Wszechświata. Jakiej więc objętości (maksymalnej) odpowiadałoby
zerowe tempo ekspansji (inwersja - Inv)? Kiedy to się stanie? Czyżbyśmy złapali
koniec nici?...A potem kolaps, zwierciadlane odbicie tego wszystkiego. „Trzeba
być chyba nie w pełni przy zdrowych zmysłach”, żeby coś takiego... Zostawmy to
wszystko innym pokoleniom... Niech się tym zajmą, jeśli wcześniej nie
zostaniemy ukarani jakimś kataklizmem za ten patologiczny nadmiar arogancji
poznawczej. Do inwersji Wszechświata zdążą. A pokój światowy? Z tym jeszcze
trzeba będzie zaczekać.
O tym, co będzie „u kresu czasów”, czyli w połowie drogi
ku kolejnemu Wielkiemu Wybuchowi, będzie jeszcze mowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz