sobota, 18 kwietnia 2020

7. Nielokalność Wszechświata a ogólna teoria względności



   Szczególną podstawę dla obaw co do zasadności stosowania OTW (w aktualnej postaci jej interpretacji) stanowi jednak pewien przypadek szczególny: Wszechświat. Przede wszystkim wiadomo (nie tylko ja to stwierdziłem), że Wszechświat jest tworem nielokalnym, natomiast teoria względności zakłada lokalność – stąd między innymi paradygmat łącznościowy, wysłany już przeze mnie w zaświaty. Przyjmuje się, wprost jako założenie, bez pytania o zdanie pani zasady kosmologicznej, że obserwowalny Wszechświat jest, nawet znikomą, częścią jakiegoś nadbytu nie do określenia. Uznano to wprost a priori za prawdę, na bazie anachronistycznej intuicji przyjmującej Wszechświat za byt nieskończony i statyczny. A jednak nie ma żadnego empirycznego dowodu (nawet teoretycznych przesłanek) na to, że poza Wszechświatem, obserwowalnym, istnieje coś jeszcze. „Wieloświat” należy wyłącznie do fizyki baśniowej. Trzeba było jednak to „coś jeszcze” przyjąć, uznać za prawdę, by uratować lokalność Wszechświata (bo przecież bazujemy na  OTW). Dlatego, gdy Alan Guth w roku 1979 wymyślił proces inflacji, bazyjąc na opracowanej pięć lat wcześniej przez Glashowa i Georgiego teorii wielkiej unifikacji GUT (nomen omen), od razu uznał w sposób arbitralny, że to hipotetyczne zdarzenie miało miejsce tylko w drobnej części pierwotnego bytu. Dlaczego nie było zdarzeniem o charakterze globalnym, całościowym? Już wiemy dlaczego. Zgodnie z zamówieniem... O inflacji będzie innym razem.
 Przyjęcie zasady kosmologicznej za słuszną (i konsekwentne jej stosowanie) prowadzi jednak prost do konkluzji, że obserwowwalny Wszechświat jest Wszystkością. [Tu warto powrócić do serii postów traktującej o zasadzie kosmologicznej.] Stąd właśnie nielokalność Wszechświata. Lokalność w nielokalności? Mamy tu więc rodzaj niekonsekwencji. Problemowi lokalności i splątania w aspekcie kosmologicznym, poświęcę trochę czasu w innym miejscu, choć w wielu miejscach rzecz ta była już sygnalizowana. 
   Dziś modeluje się Wszechświat (z grubsza) za pomocą sferycznego balonika, pomimo stwierdzonej obserwacyjnie płaskości (geometria euklidesowa, a nie riemanowsko zakrzywiona). Przy tym, dla przypomnienia, płaskość ta nie jest, wbrew temu, co wynika z równania Friedmanna, jakimś balansowaniem na cieniuteńkiej linie, lecz jest cechą Wszechświata – niezmienną, wprost immenentną (nie może być inaczej). Właściwie stąd (z rzekomej konieczności balansowania) bierze się tzw. problem płaskości, który jest, niejako siłą rzeczy, wbudowany w kosmologię bazującą na OTW (niby płaskość potwierdzona empirycznie, a tu nieskończenie cienka granica miedzy opcjami nieistniejącymi)...i ten balonik. Dla nas problem paskości już nie istnieje.
  Dziś, po „odkryciu” ciemnej energii, wolno stwierdzić, że przestrzeń Wszechświata ma krzywiznę nie dodatnią, lecz ujemną hiperboliczną. A jednak jest płaska. Dlaczego? Wyjaśniałem w różnorodny sposób. Płaska nawet bez udziału neutrin – w eseju na ich temat dopisałem jeszcze jeden argument, a właściwie przypuszczenie będące wynikiem inercji skojarzeń. Ale to rzecz do roztrzygnięcia. Dziś pomimo płaskości Wszechświat jest balonem. Cóż, przyzwyczajenia, nawyki myślowe i to, czego nas uczono, przekonują bardziej, niż argumenty. „Ale przecież dzięki temu, że materia znajduje się na powierzchni balonika, nie można mówić o istnieniu centrum Wszechświata – to ważna zaleta propagowanej konepcji. Mamy tu też zgodność z zasadą kosmologiczną.” Jednak także Wszechświat, będący ekspandującą Wszystkością, też nie posiada wyróżnionego punktu, gdyż poza Wszechświatem przestrzeń nie istnieje.   
    Zgodnie z aktualnym podejściem, zgodnie z modelowaniem za pomocą OTW, to sama przestrzeń rozszerza się czyniąc ruchy względne galaktyk „nieruchami”. Ta zakrzywiona przestrzeń świadczy samym istnieniem zakrzywienia, także o istnieniu grawitacji powszechnej, spowolniającej ekspansję (zostawmy w spokoju ciemną energię). Jeśli spowolnienie, to znaczy, że działa siła. W jakim kierunku? Co z zasadą kosmologiczną? (Tu warto przypomnieć sobie ponownie pierwszą część eseju poświęconego neutrinom.) Na domiar złego „Dlaczego ekspanduje?” Dla OTW to stan zastany. Jak już tak jest, to trzeba sobie jakoś z tym radzić. [Coś musiało stać się wcześniej, a teraz mamy to, co mamy. Grawitacja robi swoje.] Wszechmogące równania OTW uwzględniają tę możliwość. „To przecież z całą pewnością nie wynik samej grawitacji – tej wyłącznie przyciągającej.” Moje rozwiązanie kwestii podaje jednoznaczną przyczynę ekspansji, tkwiącą w grawitacji dualnej, bez uciekania się do mnożenia bytów – bez łamania symetrii, bez supersymetrii, bez ciemnej energii i bez sakramentalnego stwierdzenia, że tak to już jest. A tajemnicze początki? Inflacja? To już w zasadzie domena mechaniki kwantowej, nie uwzględniającej grawitacji. Ale zdaniem wielu, wszystko (prawie) już zaklepano. A jeśli ktoś... to mu po łapach.
    Rozważania te prowadziliśmy już niejednokrotnie. Czy nie lepiej, w tym kosmologicznym przypadku wrócić do starego, klasycznego, faktycznego ruchu, w którym zakrzywienie toru powoduje prozaiczna siła dośrodkowa? Czy nie lepiej ekspansję Wszechświata uznać za uogólniony ruch względny (z kresem górnym prędkości) w przestrzeni euklidesowej (płaskiej)? „Krytyczność” odkrytyczni się, stanie się wtedy jedynością, jedynym możliwym stanem.

piątek, 17 kwietnia 2020

6. A jeśli nie chodzi o zakrzywienie przestrzeni?

   To chyba należałoby uwzględnić to, że ciała, te okrążające wspólny środek masy, jeśli tworzą ciasny układ, mają masę grawitacyjną mierzalnie mniejszą, niż suma ich mas z osobna. Wtedy powinna być pełna zgodność z obserwacją# (patrz niżej), modelu, który próbuję tu przeforsować. [Przypominam, że deficyt masy grawitacyjnej nie jest moim wynalazkiem. Ja tylko inaczej zdefiniowałem masę grawitacyjną, bardziej zgodnie z duchem newtonowskim.]  
  Ostatnio (doniesiono w lutym 2016) przeprowadzono doświadczalny test ogólnej teorii względności, potwierdzający przewidywania tej teorii w odniesieniu do fal grawitacyjnych. Chodzi o doświadczenie w urządzeniu LIGO (Laser Interferometer Gravitational Wave Observatory). Tym razem mowa o odległym, ciasnym układzie dwóch czarnych dziur – sądząc z analizy danych, gdyż obiektów tych oczywiście nie dostrzeżono. Gdy te czarne dziury zlały się w jedną, to znamienne, jej masa stała się mniejsza, niż łączna masa obiektów przed tym wydarzeniem. Według mnie, już to potwierdzałoby wydatnie, dziś nie znane, istnienie grawitacji dualnej. Opisałem to już wcześniej, także w artykule, poświęconym grawitacji Wszechświata. Niebawem opublikuję post w całości poswięcony doświadczeniu LIGO. 
   „...pełna zgodność z obserwacją#”. No właśnie, tym bardziej, że to polowe-geometryczne podejście stwarza (dla niewyrobionego amatora) problem: Jak pogodzić to z zasadami dynamiki?. Z jednej strony bowiem z zasady obowiązuje równoważność ciał współuczestniczących w oddziaływaniu (III-cia zasada dynamiki, co wyraża też iloczyn mas w prawie powszechnego ciążenia), z drugiej zaś ruch w zakrzywionej przestrzeni jakby oddala sens tej równoważności, jakby niweluje jej istotność: „Ciało porusza się w zakrzywionej przestrzeni pola i w pewnym sensie nie obchodzi je co zakrzywia tę przestrzeń”. W dodatku, jeśli czujemy, że działa na nas jakaś siła, to w rzeczywistości może być tak, że to, co czujemy, jest rezultatem tego, że znajdujemy się w układzie nieinercjalnym (np. w skręcającym autobusie). Siła niesiła... „Odrzucamy podejście newtonowskie, opisujemy rzecz zgodnie z OTW i kwita – ktoś mógłby powiedzieć. Zakrzywienie toru światła w polu grawitacyjnym zdawałoby się to potwierdzać, gdyż masa fotonu równa jest zeru. Chodzi więc nie tyle o grawitację (siły), co o przestrzeń odpowiednio zakrzywioną. Czy to w pełni przekonuje? Odpowiedź twierdząca jest natychmiastowa. Ale, czy nie ma innego rozwiązania kwestii zakrzywienia toru fotonu? A jeśli przypomnimy sobie, że, sądząc po treści artykułów poświęconych grawitacji dualnej, także foton ukształtowany jest w wyniku grawitacyjnego oddziaływania plankonów i oddziałuje grawitacyjnie (indukcja grawitacyjna) – czy w dalszym ciągu przekonani będziemy bez zastrzeżeń, że źródłem odchylenia jest wyłącznie zakrzywienie przestrzeni?  Już zwróciłem na to uwagę wcześniej.

niedziela, 12 kwietnia 2020

5. Ale nie tylko o szybkość upływu czasu chodzi

    W herezjowaniu można pójść dalej. Sądzić można nawet, że samo zakrzywienie toru fotonu wcale nie musi być spowowodowane przez „krzywiznę przestrzeni”, pomimo, że ta zyskała już (w świadomości badaczy i młodych miłośników wiedzy) cechy bytu ontologicznie autonomicznego w stosunku do materii, stała się czymś oczywistym. Wystarczy bowiem przyjąć, że foton jest bytem grawitacyjnym (o zerowej masie), układem złożonym i dlatego reaguje na pole, w którym znajduje się – ma miejsce po prostu indukcja grawitacyjna. Wybaczcie! To jedna z możliwych interpretacji, opcja wcale nie wykluczona. Kwestia ta omówiona została przecież już w artykułach poświęconych modelowi plankonowemu. Nie zapominajmy też, że nasze modelowanie bazuje na koncepcji, powiedzmy, że quasi-newtonowskiej, a nie na interpretacjach ogólnej teorii względności, którą dziś traktuje się wprost automatycznie jak punkt wyjścia, wprost jak aksjomat – wraz z całą problematyką konsekwencji wynikających stąd, problematyką, sądząc po tutejszych herezjach, wbrew pozorom otwartą. Przykładem jest choćby kwestia tempa upływu czasu w polu grawitacyjnym – patrz powyżej.
   Jak już wyżej (i wcześniej) stwierdziłem, także wydłużenie się fali elektromagnetycznej, emitowanej radialnie w stosunku do źródła pola grawitacyjnego wcale nie musi oznaczać, że przyczyną tego jest lokalnie inne tempo upływu czasu. W dodatku zauważmy, że im bliżej centrum (źródła pola), tym czas płynąć powinien wolniej (silniejsze pole grawitacyjne). A sam obiekt jako całość? Którą ma godzinę? W odniesieniu do całości obiektu, w pełnym zasięgu jego pola grawitacyjnego, bałagan murowany, bo przecież chodzi o czas, o następstwo zdarzeń. Wyżej podałem poglądowy przykład (rakieta).  Tutaj możemy sobie nawet podarować krzywą geodezyjną. Nie można zatem nawet wykluczyć przypuszczenia, że wydłużenie fali elektromagnetycznej w polu grawitacyjnym jest „prozaicznym” efektem energetycznym, a nie czaso-przestrzennym.
Przykład: Wzbudzony atom emituje foton w wyniku przejścia elektronu na niższy poziom energetyczny, uwarunkowany przez oddziaływanie elektromagnetyczne. Ale dzieje się to w polu grawitacyjnym, nie ważne, że bardzo słabym w przypadku atomu. Z tego powodu de facto foton ten ma nieco większą energę, niż by to miało wynikać z obliczeń na bazie elektromagnetyzmu – jego długość fali jest w tym miejscu mniejsza (Czy się nie pomyliłem? Sprawdźcie). Chodzi o to, że grawitacyjna energia potencjalna jest ujemna. Także ujemna jest energia potencjalna oddziaływania cząstek naładowanych przeciwnie (przyciąganie). Trzeba przyznać, że efekt ten w pojedyńczym atomie jest niemierzalnie słaby. Czy naprawdę niemierzalny? A jeśli mamy układ złożony, krystaliczny, na przykład tworzący zegar atomowy? Czy tym razem zewnętrzne dla niego pole grawitacyjne nie modyfikuje w jakimś, choćby w niewielkim stopniu jego działania? Czy ktoś dałby głowę? Niewątpliwie, zmiany w układzie stają  się wyraźne i mierzalne jeśli materia (atomy) znajduje się w bardzo silnym polu grawitacyjnym. Wówczas widmo promieniowania emitowanego w tym polu powinno być, nawet wyraźnie, przesunięte ku czerwieni. Nie znaczy to, że czas tam płynie wolniej. Na ten temat więcej pod koniec tego eseju.
    A wracając do fotonowego okręgu w czarnej dziurze, zauważmy, że taki tor byłby naprawdę rzeczą wyjątkową. [Zakładamy, że materia tego obiektu znajduje się poniżej by nie przeszkadzać, dla uproszczenia przyjmijmy, że obiekt ten jest punktem materialnym.] Rozważmy to „mechanistycznie”. Jeśli przyjmiemy (tylko dla testowania), że foton jest punktem materialnym poruszającym się z prędkością c (powiedzmy, że prawie), to rozważając równość siły dośrodkowej i grawitacyjnej (jak przy pierwszej prędkości kosmicznej), otrzymujemy, że promień takiej orbity równy jest połowie promienia grawitacyjnego – pod warunkiem, że cała masa obiektu znajduje się poniżej. Dla cząstek masywnych (jeśli mogą tam poniżej horyzontu sobie krążyć), promień orbity kołowej jest (choćby tylko nieznacznie) większy. Pod koniec tego eseju okaże się, że foton wysłany, także radialnie, z punktu właśnie o tyle odległego od centrum (a nie z powierzchni horyzontu grawitacyjnego), nie może ujść na zewnątrz obiektu, gdyż częstotliwość jego, z powodu grawitacji, dąży w tym wypadku do zera (taki w każdym razie będzie wynik obliczeń, bazujących zresztą na innym modelu i procedurze energetycznej, w ramach podejścia quasi-newtonowskiego). Przy tym nader interesujące jest to, że wyprowadzony tam wzór (bez poprawki na grawitację dualną) pokrywa się z przybliżonym wzorem wyprowadzonym na bazie ogólnej teorii względności. Zaiste rzecz godna uwagi.          Zastanawiające, tak mi się skojarzyło, jest to, że jeśli odległość między środkami dwóch plankonów równa jest połowie promienia grawitacyjnego jednego z nich, to masa układu równa jest masie (tylko) jednego z nich. To samo, jak już wiemy, dotyczy układu dwóch punktów materialnych, zatem rzecz ma charakter jak najbardziej ogólny. Z całą pewnością to nie przypadek. To się jakby zazębia. Oczywiście to jeszcze nie roztrzyga kwestii. To jednak zachęca do drążenia, nawet po to, by odkryć, że nie tędy droga. Błądzenie na rzecz prawdy, to rzecz chwalebna. Roztrzygnąć powinno doświadczenie lub obserwacja astronomiczna (a nie interpretacja, taka, czy inna, tej, czy innej teorii).  
   Tak to jest, gdy stosujemy podejście „siłowe” (newtonowskie). Dziś uważa się (może i słusznie), w odniesieniu do obiektów o znaczeniu kosmologicznym, że chodzi o nieruch, czyli „ruch” w związku ze zmianą krzywizny przestrzeni (pochodna czynnika skali). W przypadku ciała próbnego natomiast, poruszającego się w dominującym polu grawitacyjnym mamy ruch, którego tor wyznacza krzywizna przestrzeni. Czy dlatego właśnie parametry ruchu tego ciała nie zależą od jego masy? Nie koniecznie dlatego. Wszak to samo ma miejsce przy opisie newtonowskim, a doświadczenie to potwierdza. Ogólnie jednak, obydwa oddziałujące ciała, zgodnie z OTW, poruszają się w przestrzeni zakrzywionej ich wspólną grawitacją, a gdy ich masy są porównywalne ze sobą, trudno któreś z nich traktować oddzielnie jako „ofiarę wymuszenia”.

środa, 8 kwietnia 2020

4. Znów ten upływ czasu

   Skąd właściwie się bierze ten efekt czasowy? Można to w sporym uproszczeniu (i obrazowo) wytłumaczyć następująco. Otóż grawitacja zakrzywia przestrzeń. Z tego powodu promień świetlny, spełniający rolę pośrednika w przekazywaniu informacji, przebyć musi dłuższą drogę, zanim dociera do odbiorcy (po łuku, a nie wzdłuż cięciwy, tak, jak na powierzchni kuli; ogólniej: wzdłuż krzywej geodezyjnej). Nie musi więc chodzić o wydłużenie czasu jako takiego, lecz o efekt obserwacyjny w związku z paradygmatem łącznościowym, w ramach doktryny lokalności. [Doktryna ta wyklucza natychmiastowość w oddziaływaniach między dowolnie odległymi obiektami (nie wyłączając odległości znikomo małej).] Nie musi oznaczać więc to także zatrzymania czasu dla obserwatora patrzącego na czarną dziurę (ewentualnie istniejącą) i oczekującego (Ad Calendas Graecas) na zachodzące w niej widome zmiany. Zgodnie z wyjaśnieniem powyżej, chodzi więc o to, że promień świetlny, biegnący tam gdzieś pod horyzontem po okręgu, nigdy do nas nie dotrze. Będziemy czekali nań dosyć długo, w przypadku skrajnym, nieskończenie długo. To czas mierzony biegiem fotonów, na które czeka obserwator, a nie czas sam w sobie. Czy czas potrzebny fotonom, jeśli potrzeba go więcej dla przebycia dłuższej drogi, płynie z tego powodu w tempie wolniejszym?

    Nie mieszajcie podmiotowości, efektu obserwacji, z tym, co jest obiektywne i niezależne od udziału obserwatora w akcie poznawczym. Poznawczość, empiryczność kontra obiektywna rzeczywistość. Einstein, gdy przeciwstawiał się mechanice kwantowej, mówił o Księżycu, który świeci nawet wtedy, gdy na niego nie patrzymy. Ale sam nie wyzwolił się z podmiotowości patrzenia, która siłą rzeczy oznacza lokalność na bazie empiryczności. Oczywiście to rzecz głębsza, niż wrażenie wyimaginowanego obserwatora. Chodzi o to, że samo oddziaływanie pomiędzy dwoma punktami zajmującymi inne położenia, zgodnie z aktualnym sposobem myślenia, nie może być natychmiastowe. Uzgodnienie wymaga czasu i zachodzi z prędkością nie większą od c. Tak zresztą sądzą wszyscy. Na tym polega paradygmat lokalności.                                                                                      Tak, ale stwierdziliśmy, już nie jeden raz, tutaj, w tej pracy, że grawitacja jest nielokalna (tak, jak Wszechświat i plankon). Ona istnieje wszedzie i cały czas, w pełnym samouzgodnieniu (przypomnijmy sobie zasadę zachowania zasobu grawitacji). Wprost jako byt generujący wszystkość nazywaną przez nas Wszechświatem. Nie ma więc mowy o lokalności i „transporcie” uzgodnień podczas oddziaływań. Nie prowadźmy doświadczeń (nawet myślowych) „in vitro”, nie zapominajmy o istnieniu tego tła. Nieuwzględnienie go jest przyczyną kłopotów i niekonsekwencji.                                                                                           Coś nowego, czy brednie? Nawet jeśli brednie, to wymagają zastanowień. I o to właśnie chodzi. 
     Nie bacząc na tę wątpliwość wiemy, że zgodnie z przyjętą dość powszechnie interpretacją, w dowolnym polu grawitacyjnym tempo upływu czasu jest tym mniejsze, im silniejsze w danym punkcje jest pole grawitacyjne (bo pole określa się w konkretnym punkcie). Zatem w innym punkcie tego pola czas płynie w innym tempie. Wszak nie chodzi o pole jednorodne. Jak pogodzić, uzgodnić ze sobą te punkty? A jeśli punkty te należą do tego samego przedmiotu, na przykład rakiety, której część już wystartowała, a część jeszcze nie? Jej przód już leci, a silnik jeszcze nie zaczął pracować? Każdy wymyślić może inny przykład.
   Kiedyś rzecz odniosłem do Wszechświata oscylującego, którego cykliczna zmienność naruszona zostaje przez nierówne tempo upływu czasu w układach lokalnych. Doszedłem wówczas do wniosku, że upływ czasu nie może być igraszką jakichś lokalnych wydarzeń. A jeśli wynika to z teorii, to nie dla dobra jej interpretatorów. Stwórca by tak nie zrobił. Czas jest jeden, globalny kosmiczny. Raz zaistniała niejednorodność czasowa nie może być zlikwidowana. Chyba, że coś może odwrócić rzecz, w dodatku dokładnie w tym samym stopniu. Co to takiego? „Antygrawitacja”? To tylko hasło, słowo bez pokrycia w realiach przyrodniczych. Jeśli grawitacja powoduje lokalną zmianę tempa upływu czasu (zwolnienie), to wszelkie zjawiska zachodzące w układzie już nie nadrobią opóźnienia. Przy tym każdy układ jest elementem układów hierarchicznie większych, a to czyni je niejednorodnymi czasowo – aż do skali Wszechświata. Co z nim?
     Dualna grawitacja nie przewiduje lokalnych zmian tempa upływu czasu. To też warunek dla istnienia oscylacji Całości, na które nie mogą mieć wpływu lokalne wydarzenia (chodzi tu wyłącznie o lokalne tempo upływu czasu). Dodam, że model Wszechświata oscylującego ze stałą częstotliwością jest zatem modelem najbardziej koherentnym. Czy chodzi o „Wszechświat totalny”? Chodzi o Wszechświat obiektywny, niezależny od ludzkch słabości kognitywnych. Podałem przecież sporo nietuzinkowych argumentów na poparcie tezy, że jedynym czasem jest czas globalny Wszechświata. Właśnie zmienność Wszechświata stanowi o istnieniu czasu. A sama zmienność ma charakter cykliczny. Oto jeszcze jedna cecha istoty bytu nazywanego czasem, gdy mowa o skali globalnej, kosmologicznej. Dla przypomnienia, ten czas globalny, kosmiczny, to nasz czas, gdyż jesteśmy najdalej od początku. Jeśli mimo wszystko miałoby się zmieniać tempo upływu czasu, to tylko czasu globalnego, wszędzie w tym samym stopniu. Czy jednak może się zmieniać?  Tu mamy problem. „Załóżmy, że u nas rozpoczął się jakiś globalny przełom, procesy przebiegają dużo szybciej. Ale w obiektach oddalonych, jeszcze do tego nie doszło.” Tak, nie doszło wizualnie, podmiotowo, lokalnie, z powodu istnienia względności ruchu. Gdyby patrzeć z zewnątrz, zaobserwowalibyśmy ten przełom w jednej chwili wszędzie. Taka jest różnica między względnością-lokalnością, a nielokalnością, którą przedstawia sobą Wszechświat.

    Można przypuszczać, że globalne zmiany szybkości upływu czasu, jeśli takowe istnieja, są bezpośrednio powiązane ze stopniowymi zmianami prędkości ekspansji. Dlaczego? [wyobraźnia nie daje spokoju.] Gdyż przestrzeń (próżnia) jednorodnie wypełniona jest plankonami, a ich koncentracja, malejąca stopniowo w miarę ekspansji Wszechświata, decyduje o wielkości prędkości światła. [Niech ktoś sobie nazwie to morze plankonowe eterem. Są tacy, którzy do dziś wierzą uparcie w eter nie dlatego gdyż rozumieją cokolwiek z tego, lecz dlatego, gdyż nie pasuje im kształt nosa Einsteina, nawet jeśli bezpośrednio nie zdają sobie z tego sprawy.]
   Załóżmy, że szybkość upływu czasu (globalnego) stopniowo maleje, przy czym Wszechświat oscyluje. Maleje też stopniowo, coraz wolniej, prędkość ekspansji. A przed samą inwersją? Czy czas się zatrzyma gdy prędkość zmaleje do zera? Co potem? Nie byłoby „potem”. Nastąpiłby zastój, statyczna wieczność (w przypadku zatrzymania się czasu). Całe szczęście (dla Wszechświata) to, że ustaliliśmy (tak sobie wykoncypowałem), iż prędkość ekspansji nie zmaleje do zera, że w pewnym szczytowym momencie nastąpi „inwersja obsadzeń” i rozpocznie się przyśpieszona kontrakcja Wszechświata (antymaterialnego). Ale tam, wtedy, dzisiejsza sekunda, chyba trwać będzie miliony naszych lat – oczywiście jeśli tempo przebiegu zjawisk dyktuje tempo upływu czasuTo jednak wcale nie jest koniecznością.
   Co począć? Chyba raczej wywnioskować, że szybkość zachodzenia zjawisk lokalnych nie ma wpływu na szybkość upływu czasu. Oto przykład pierwszy z brzegu. Powolne utlenianie i spalanie - nie ma to żadnego wpływu na to jak chodzi zegarek (nawet najdokładniejszy) już choćby dlatego, gdyż nie ma żadnego związku przyczynowego między procesem chemicznym, a tym, co zachodzi w zegarze. Gdyby miała, to periodyczność rozwoju Wszechświata stałaby pod znakiem zapytania; może nawet czas zatrzymałby się tuż przed inwersją Wszechświata. Co potem? Już wiemy – nie byłoby „potem”. Czy w związku z tym tradycyjna definicja czasu jako miary zmienności, też nie w pełni trafia w sedno? Newton śmieje się zza grobu. Czas globalny, kosmologiczny jest nielokalny. A może tempo upływu czasu, tego nielokalnego, globalnego, zmienia się? Pomimo rozważań powyżej, kropki nad i postawić (dziś) nie można. Newtonowi trochę zrzedła mina.
    A grawitacja? Ta jest bytem obiektywnym i nielokalnym w sensie samego istnienia – prawo zachowania zasobu grawitacji. [O zachowaniu zasobu grawitacji pisałem już w artykule poświęconym grawitacji dualnej, a niedługo wrócę do tego.] „Jeśli zatem istnieje grawitacyjna dylatacja czasu, to ma także ona charakter nielokalny (bo grawitacja) pomimo, że ma dawać o sobie znać tylko w układach lokalnych.” Mamy tu niekonsekwencję i niedopasowanie, wprost sprzeczność. Wniosek: Grawitacyjna dylatacja czasu nie istnieje. Oczywiście nie po raz pierwszy doszedłem do tego wniosku. „Wszystkie drogi prowadzą...” Oj, tylko nie tam (koronawirus).                                                                                                   Innymi słowy, grawitacja, jako byt obiektywny (i nielokalny w sensie samego swego istnienia – prawo zachowania zasobu grawitacji), nie może nadawać czasowi cech lokalności. Dylatacja grawitacyjna nie istnieje, za to kinematyczna, w związku ze względnością ruchu (lokalność), ma się dobrze.
A konkluzja ostateczna? Tę pozostawiam  Wam, czytelnicy.
     Jak już siedzimy w problematyce związanej z upływem czasu, powróćmy do rozważań, które już dawniej prowadziliśmy przy innej okazji. W ten sposób zbierzemy w jednym miejscu argumentację wskazującą na potrzebę innego, alternatywnego spojrzenia na problem. Być może po to, by łatwiej było tę potrzebę wyeliminować. Może dzięki temu przyczynię się do lepszego zrozumienia i do akceptacji dzisiejszego widzenia spraw.
Oto przebieg rozumowania. Á propos, spowolnienie czasu... Jeśli już czas ulega spowolnieniu, to co należałoby powiedzieć o promieniowaniu wysłanym z miejsca o silnej grawitacji? Czy w promieniowaniu tym zachowane jest „piętno” tego opóźnienia także wtedy, gdy już ośrodek, przez który przechodzi, praktycznie pozbawiony jest grawitacji? (Już była o tym mowa) Czy światło opuszczając obszar o silnej grawitacji powraca do stanu sprzed wtargnięcia w ten obszar?A może jest inaczej: światło z obiektu bardziej odległego, przypadkowo przechodzące w pobliżu obiektu bardzo masywnego (silna grawitacja), zmienione zostaje na zawsze (w procesie nieodwracalnym)? Tak by mogło wynikać, jeśli zmiana ta uwarunkowana jest przez zmianę tempa upływu czasu. Jednak obserwacja zdaje się wskazywać na to, że raczej nie. Znamy bowiem obiekty będące źródłem promieniowania rentgenowskiego i gamma, obiekty skondensowane, których pole grawitacyjne jest bardzo silne. Promieniowanie stamtąd mimo wszystko jest bardzo krótkofalowe. Sądzimy, że to promieniowanie źródłowe, takie jakie tam powstało. 
    Ale bądźmy uparci. Jeśli promieniowanie, podczas swej wędrówki dostaje się do (innego) obszaru o silnej grawitacji, jego fala wydłuża się. Po drodze, dosyć długiej ku nam jest sporo grawitacyjnych niespodzianek – obszarów o stosunkowo silnej grawitacji. Jeśli zachodzi nieodwracalny proces wydłużenia fali wskutek dylatacji czasu, to w zasadzie nie możemy oczekiwać promieniowania rentgenowskiego (lub gamma) z obiektów odległych, tym bardziej, że opóźnienia (po drodze) dodają się. W tej sytuacji powinniśmy widzieć generalnie obiekty dalsze jako bardziej czerwone. Bardziej odległe kwazary powinny być widoczne tylko w podczerwieni. Jakoś nie stwierdzamy tego. Przeciwnie,  promieniowanie docierające  do nas, to przecież między innymi promieniowanie rentgenowskie lub gamma, docierajace z obiektów nawet bardzo odległych. Zatem nie popełnimy dużego błędu wnioskując, że wydłużenie fali w polu grawitacyjnym jest procesem odwracalnym. Warto tę rzecz zbadać. Ja tu nie roztrzygam. Zatem, czy chodzi o faktyczną dylatację czasu, czy też tylko o uwarunkowane energetycznie (lokalne i odwracalne) wydłużenie fali? Oto (o to) jest pytanie. W drugiej części tego eseju zajmiemy się tym.
    A tak właściwie, co ma współnego grawitacyjna dylatacja czasu z promieniowaniem? Czy tylko to, że po promieniowaniu można ją rozpoznać? Czy rzeczywiście można? Ta dylatacja ma miejsce tylko w poblizu tych masywnych obiektów. Przecież przyczyną tej dylatacji ma być pole grawitacyjne. Po czym więc mielibyśmy poznać, że w pobliżu np. gwiazdy neutronowej lub w pobliżu cenrtum galaktyki, czas płynie wolniej? Dłużej trwająca ewolucja obiektów znajdujących się tam? Jak to rozpoznać? Może wolniej okrążają masywne obiekty? [Z tym mamy problem, gdyż szybkość orbitalna zależy od masy obiektu centralnego, która nie jest znana. To by mogło sugerować, że obiekt wytwarzający silne pole grawitacyjne posiada masę mniejszą niż posiada...] Może prędkość światła tam jest mniejsza? Jak to wykryć? Przecież zmiana (wzrost) długości fali świetlnej wcale nie świadczy zmniejszeniu się prędkości jej rozchodzenia się. Jeśli mamy mówić o spowolnieniu czasu w określonych obszarach, to promieniowanie od obiektów odległych, przechodzące przez te obszary, powinno przybyć do nas z opóźnieniem, z powodu lokalnie mniejszej prędkości światła. A może dlatego neutrina z supernowej 1987A, wyprzedziły biegnące stamtąd fotony? Tak, ale także neutrina powinny się spóźnić.
    Czy roztrzygnęliśmy coś? To było raczej głośne myślenie. Do grawitacyjnego wydłużenia fal jeszcze powrócimy.
     A jednak na bazie OTW twierdzi się, że grawitacyjna dylatacja czasu jest faktem przyrodniczym, bez zastrzeżeń (i bez refleksji), a nawet prowadzi do zatrzymania upływu czasu w czarnej dziurze dla obserwatora zzewnątrz. Dla obserwatora. Obserwator siedzący w środku stwierdza coś zupełnie innego. Czy chodzi więc o faktyczną, obiektywną zmianę tempa upływu czasu pod działaniem grawitacji? Przecież ważny jest układ odniesienia, ważne jest to, skąd patrzymy. Zatem to także rzecz o charakterze lokalnym. Trochę podobna była sytuacja z kinematyczną dylatacją czasu. Jeśli jednak rzecz dotyczy grawitacyjnej dylatacji czasu, to lokalne zakłócenienie może decydować o całości – w wymiarze globalnym. Tego raczej przyjąć nie można.
     A same czarne dziury, wraz ze swoją ewolucją zatopione są przecież w czasie globalnym. Cały czas coś się z nimi dzieje. Oddziałują z otoczeniem, a materia w środku, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie jej dostrzeć, nie powinna się różnić od materii nam znanej. Ale cóż, to tylko zdroworozsądkowe patrzenie na „rzeczywistość bardziej złożoną” –  dziś nie w modzie. Bardziej do przyjęcia (także medialnie) jest fizyka baśniowa (tak nazwał te wszystkie nieudowodnione niezwykłości dzisiejszej nauki sam Jim Baggott w swej książce: „Pożegnanie z rzeczywistością”). Szanowni naukowcy, uprasza się o ośmieszenie tego wszystkiego, oczywiście z użyciem argumentacji empirycznej (a nie tej bazującej na teoriach, w których adekwatność w rozważanych skalach, śmiem, mam do tego powody powody, wątpić). 

niedziela, 5 kwietnia 2020

3. Interpretacja OTW (akceptowana dziś) na cenzurowanym.

Ale to dopiero skromny początek.
Uwagi o charakterze ogólniejszym, czyli filozofować czas (...) zacząć – kontrowersje (beczka prochu – nie prochów). Znów o upływie czasu (i nie tylko o tym)
     Ad rem. Zacznijmy od wzoru na prędkość ucieczki:


Z tą prędkością (początkową) należy wyrzucić ciało „do góry”, by nie mogło już spaść z powrotem. [Dla uproszczenia pomijam tu, jak wszyscy zresztą to, że to ciało należy najpierw przyśpieszyć – nie tak od zaraz, ale to kwestia podrzędna, tutaj nie istotna.] Formalnie związane to jest z (ujemną) pracą przeniesienia do nieskończoności, wykonaną przez siłę grawitacyjną, hamującą ruch ciała oddalającego się od źródła pola. Patrząc na ten wzór zauważamy, że prędkość ucieczki jest tym większa, im wieksza jest masa źródła M i mniejsza jest początkowa odległość od centrum źródła pola r, punktu, z którego ciało ma być wyrzucane. Istnieje zatem graniczna, początkowa odległość  (dla pewności, by nie zagłębiać się w materię substancjalną) od punktowego źródła o określonej masie, taka, że prędkość ucieczki równa jest prędkości światła. Odległości zerowej odpowiadałaby oczywiście nierealna prędkość nieskończona (oczywiście pod warunkiem, że cała zawartość materialna źródła mieści się w tym punkcie, co także nie jest realne). Tę graniczną odległość nazwaliśmy już promieniem grawitacyjnym (Schwartzschilda), a sferę o tym promieniu nazwano sugestywnie horyzontem zdarzeń. Ja, w swych wynurzeniach, nazwy tej stosować nie będę. Już można się domyślić, dlaczego (nie dlatego, że to, co mnie opadło – cały ten złożony system, jest zdarzeniem horyzontalnym...). Dalej, kontynuując, ponownie przemyślimy problem tempa upływu czasu (w kontekście grawitacyjnym). Ze wzoru powyższego otrzymujemy: 


Wzorem tym posługiwaliśmy się wielokrotnie. Przedstawia on sytuację graniczną, nawet dla fotonu, który także nie mógłby uciec pomimo, że ma prędkość wystarczającą. Chodzi o to, że fala elektromagnetyczna w polu grawitacyjnym ulega wydłużeniu. Istnieje więc efekt grawitacyjnego przesunięcia ku czerwieni. Przewiduje to już ogólna teoria względności (a nie klasyczna teoria newtonowska). [Jak się jednak przekonamy, przewiduje to też teoria newtonowska zmodyfikowana, na której bazujemy już od samego początku naszych rozważań.] Zatem, „nawet foton promieniowania gamma, wysłany ze źródła znajdującego się na powierzchni horyzontu „zdarzeń” (lub poniżej), nie byłby w stanie wydostać się, gdyż długość jego fali dążyłaby do nieskończoności.” Na ogół rzecz tę tłumaczy się zakrzywieniem przestrzeni na tyle silnym, że fotony biegną po krzywej zamkniętej, nie mogąc wydostać się poza horyzont „zdarzeń”. Dla oczu obserwatora (wysługującego się fotonami) z zewnątrz, sam obiekt po prostu nie byłby widoczny. Choć tutaj wzór ten wynika bezpośrednio z klasycznego wzoru (1), uwzględnienie wpływu grawitacji na rejestrowaną długość fali elektromagnetycznej związane było jednak z zastosowaniem metod ogólnej teorii względności. Interpretacja tego wzoru, dzięki ogólnej teorii względności jest więc dużo głębsza. Karl Schwarzschild wyprowadził go opierając się właśnie na niej. I to między innymi jest jego zasługą. Było to też swoistym testowaniem OTW w konfrontacji z teorią newtonowską, z powodzeniem. Mimo wszystko tu siły, a tam zakrzywienie przestrzeni. [Można jednak w związku z tym także zauważyć, że sama identyczność wzoru w dwóch ujęciach, wskazuje na to, że także podejście newtonowskie, szczególnie po zmodyfikowaniu (w taki, czy inny sposób), jest (ilościowo) prawidłowe. To by mogło oznaczać, że OTW jest mimo wszystko tylko procedurą matematyczną, metodą i nie stanowi o istocie ontologicznej bytu grawitacyjnego, wbrew powszechnie dziś przyjętej interpretacji (zakrzywienie przestrzeni) – tak można by pomyśleć. To w skojarzeniu wygląda podobnie, jak w mechanice kwantowej, równoważość fizyczna Heisenbergowskiej mechaniki macierzowej z falową bazującą na równaniu Schrödingera.] Herezja? Chyba już przywykliście.
    Schwarzschild nazwany nawet został ojcem czarnych dziur. Jak przystało na prototyp, ta czarna dziura jest statyczna, powiedziałbym: surowiec. To wdzięczny temat dla młodych, radych z licznych możliwości pokombinowania z równaniami. I tak powstały różne odmiany czarnych dziur: rotujące, naładowane; potem Hawking zaczął je odparowywać. Nawet do dziś to wdzięczny temat badawczy, na którym młodzi ćwiczyć mogą swe umiejętności warsztatowe, a przy okazji awansować w hierarchii akademickiej. Wszystko (powiedzmy, że prawie) zaczęło sprowadzać się do warsztatu. Oto dzisiejsza nauka. Tymczasem Hawking jakby się z tego procederu wycofywał (nie zdążył do końca)... To dobrze świadczy o jego naukowej uczciwości.
Jak zobaczymy później, horyzont grawitacyjny zefiniować też można jako miejsce geometryczne punktów o jednakowym potencjale, równym: (– c²/2). W eseju poświęconym grawitacji dualnej określiłem horyzont grawitacyjny jeszcze inaczej. Ale wszystkie określenia są ze sobą spójne.
     A wracając do światła nie mogącego się wydostać, interesujące, że mowa tu o promieniowaniu elektromagnetycznym niemającym, zgodnie z tym, co wiemy, wiele wspólnego z grawitacją – chyba, że zechcemy zunifikować. Einstein szukał tego powiązania, ale nie udało mu się. Przypuszczam, że wiem dlaczego. Myślę, że dla Was czytenicy, też będzie to jasne. Tak, już Einstein... także Kaluza – odkrył ciekawą rzecz*...  
Mechanika kwantowa bazuje właściwie na oddziaływaniu elektromagnetycznym, choć poszerzyła dziedzinę swych badań o oddziaływanie silne. Grawitacji nie postrzega, a tu bum, właśnie grawitacja wywiera działanie na promieniowanie elektromagnetyczne. Einstein to przewidział, gdyż już wtedy posłuszny intuicji sądził, że bazą dla oddziaływania elektromagnetycznego jest grawitacja. Mimo wszystko dylemat: „pole elektryczne nie działa na światło, a grawitacyjne działa” (Dlaczego?), pozostał aktualny, a nawis znaku zapytania sporych rozmiarów nie dawał spokoju wielu zainteresowanym. Dylemat, więc trzeba z niego wyjść. Na szczęście rzecz załatwia zastąpienie sił (i energii potencjalnej) przez zakrzywienie przestrzeni powodujące odchylenie biegu światła. Bardzo sprytne wyjście, choć okupione koniecznością wzniesienia się na wyższy stopień matematycznej finezji. W gruncie rzeczy zaczęło się właśnie od tego dylematu. Dziś dla wszystkich, nawet dla zaciekawionych amatorów, zakrzywienie przestrzeni jest już ontologiczną oczywistością. Czy słusznie? Na razie jak najbardziej. Ale przed nauką stoi jeszcze niejedno wyzwanie. Fenomenologia i zwalanie wszystkiego na przestrzeń, to jednak nie wszystko.
    Ale nie traćmy wątku. Na oczekiwaną przez Einsteina unifikację grawitacji z elektromagnetyzmem jednak trochę za wcześnie, więc chodzi o coś innego. Na razie, w duchu OTW, w skrócie i w daleko posuniętym uproszczeniu, przedstawić to można schematycznie następująco: fala elektromagnetyczna → energia → masa → grawitacja. Ale to schemat blokowy, a nie istota rzeczy.  
     Później zobaczymy, że także zastosowanie podejścia (nazwijmy to) quasi-newtonowskiego przewiduje wydłużanie się fali, w dodatku bez grawitacyjnej dylatacji czasu.  
     By zamknąć sprawę należałoby dodać, że gotowa czarna dziura nie może promieniować (zostawmy w spokoju pana Hawkinga) także z tego powodu, że cała jej materia zapadać się ma ku osobliwości, czyniąc obszar pod horyzontem pustką. Czy pomimo, że czas tam, dla obserwatora zzewnętrz rozciąga się do nieskończoności? „Wszystko na to wskazuje”. Ile czasu potrzeba było na to, by pojawiła się pustka od chwili, gdy sam obiekt stał się właśnie czarną dziurą?...

*) Teoria Kaluzy-Klajna. Kaluza rozważał równania Einsteina w czasoprzestrzeni pięciowymiarowej (a nie cztero-) i otrzymał równania Maxwella pola elektromagnetycznego. To by mogło potwierdzać (już moje wcześniejsze konkluzje), że bazą dla elektromagnetyzmu jest grawitacja.

środa, 1 kwietnia 2020

Czarn dziury A. 2. Wstęp z podtekstem pedagogicznym

Treść
Wstęp z podtekstem pedagogicznym.
1. Interpretacja OTW (akceptowana dziś) na cenzurowanym. Uwagi o charakterze ogólniejszym, czyli filozofować czas zacząć – kontrowersje. Znow o upływie  czasu. Beczka prochu (nie prochów).
2. Promieniowanie: ,,Czarna dziura newtonowska”. Horyzont powierzchnią ekwipotencjalną.
Á propos


2. Wstęp z podtekstem pedagogicznym
      To właściwie pokłosie rozważań prowadzonych w różnych miejscach i przy różnych okazjach. To parę refleksji dopełniających, bazujących na zgoła innym podejściu do sprawy, innym niż powszechnie dziś przyjęte. Jest też w tym sporo z mojej „pedagogicznej żyłki”. Sądzę, że studia pogłębione i bardziej profesjonalne zacząć można, jeśli nie należy, od opisu rzeczy, opisu dostępnego każdemu zaciekawionemu sprawą, niezależnie od jego zawodowego wykształcenia. Szczególnie polecam to podejście licealistom, na razie zachwyconym encyklopedyczno-medialnym aspektem badań. Niech porzucą nurt sensacyjny, na rzecz podejścia solidniej nawiązującego do tego, co jest treścią ich dotychczasowej edukacji. Myślę, że warto. To bardzo sprzyja zrozumieniu nowych treści, to także angażuje bardziej aktywność poznawczą i przede wszystkim krytycyzm (Nie mylić z krytykanctwem.). Szczególnie ważne to jest wobec nowości dopiero pretendujących do określenia ich jako istnienie obiektywne. Czarne dziury stanowią najlepszy przykład takiej nowości (nowości już z długą brodą). Nie wolno zakłócać ciągłości procesu poznawczego, a szczególnie zaburzać przyswajania niezbędnych treści podstawowych poprzez narzucanie inności, nawet jeśli interesująco zaskakuje. Sądzę, że dopiero zgłębienie wizji klasycznej, wraz z uświadomieniem (na pewnym etapie) jej ograniczeń i niespełnień, daje podstawę dla dalszych, bardziej zaawansowanych studiów. Nauczanie „na błysk” jest sporym błędem. Traktowanie młodych jak ryby nie jest roztropne z perspektywy przyszłości.
     Czarnym dziurom (tym z osobliwością) poświęcona jest bogata literatura. Im rzecz wygląda dziwniej, bardziej zaskakująco i bardziej niezrozumiale, tym lepiej. Tak, jak to lubią dziennikarze. A przecież nie o to chodzi. Mnie osobiście nie interesuje ten sensacyjny nurt przekazu dóbr naukowych. Celują w tym także popularyzatorzy, autorzy licznych książek. Nie zależy mi na państwowych dotacjach, a naukę uprawiam nie dla miesięcznych poborów. Mam bowiem (poza naturalną ciekawością świata) na myśli młodych, którzy w przyszłości mają być ludźmi myślącymi, a nie istotami uprawiającymi behawior hasłowy. W nich nadzieja. Że to nienormatywne? Że ważniejsza jest telenowela, reality, teleśpierestwo i telepichcenie? Że w demokracji bieg wydarzeń wyznaczać ma stadna bezmyślność, a strzałkę kompasu stanowić ma blichtr elitarności towarzyskiej „wyższych sfer”, celebrity prymitywnych aktoreczek, fotoshopowych modelek prezentujących swe poprawione wdzięki wraz z podkreślającym je opakowaniem – ku rozpaczy zakompleksionych nastolatek; modeli reklamujących gacie i maszynki do golenia? Co oni mogą jeszcze? Konsumpcja dla konsumpcji? To przecież najważniejsze dla nakręcania kapitalistycznej maszynki, dla podtrzymania wartkiego obiegu pieniąda. Oj przepraszam za niedopatrzenie, o tym trzeba było na samym początku – przecież najważniejsze są, w związku z czarnością, różne świętości głoszone przez celebrytów (w czerni); ciała doskonale czarne... O nieskończonych czarnych czeluściach singularnych już wspomniałem. Niech nam wirus ukoronuje te wszystkie wspaniałości. Demencja cywilizacji? Że jedyną wartością na tym padole ma być mamona, a jedyną motywacją siła? Także do tego potrzebny jest mózg. Za 6000 lat jakiś Däniken spisywał będzie swoje fantazje. Cóż, cykliczność.

sobota, 28 marca 2020

Czarne dziury A. 1. Zagajenie

Kontrowersje wokół czarnych dziur. A
Rozmyślania w duchu quasi-newtonowskim
                                                                             
1. Zagajenie 
     Gdy spisywałem swe przemyślenia sprzed lat by opublikować je w postaci książkowej (w roku 2010) sądziłem, że swymi poglądami popełniam świętokradztwo. Gdy przedstawiłem, gdzieś w roku 2007, swe zapiski pewnemu astronomowi z Torunia (bardzo mi życzliwemu), przy okazji odwiedzin w Piwnicach, w odniesieniu do czarnych dziur stwierdził, że koledzy jego, badający je, ukamienowaliby mnie.
    A dziś, aż się roi od doniesień wskazujacych na to, że koncepcja czarnej dziury syngularnej zaczyna się walić. Sam Hawking wycofuje się (przepraszam, wycofał się) z niektórych swych ustaleń; informacja, entropia, itp. Nie mam tu zamiaru opisywać tych perypetii. Skromnie przypuszczam, że problemy, z jakimi borykają się dziś naukowcy zajmujacy się czarnymi, cały czas w obrębie jednej i tej samej mega-koncepcji (właśnie dlatego), nie znikną. Będą narastać, aż wszystko pęknie. Winna koncepcja. A jednak brną w niej dalej pomimo, że zdają sobie sprawę choćby z tego, że w osobliwości ogólna teoria względności załamuje się. [A jednak dziś, wprost automatycznie, odruchowo i rutynowo, każde obserwacyjne odkrycie, które zaskakuje uczonych, wyjaśnia się obecnością (i wpływem) czarnych dziur, zamiast pomyśleć o możliwości istnienia jakiejś innej drogi wyjaśnienia. Szczególnie interesujące jest, że także gwałtona ekspansja materii lub emisja promieniowania w jakimś odległym obiekcie, spowodowana jest oczywiście wyłącznie przez czarną. To wprost lekarstwo na wszelki niedosyt kognitywny. Jeśli na wszystko dobra jest ogólna teoria względności, a w szczególności modelowanie czarnych dziur na niej bazujące, to dlaczego prawie każda obserwacja zaskakuje???]   
    A wracając do naszej osobliwości, wiele wskazuje na to, że nie chodzi też o „zbytnie” zakrzywienie przestrzeni (w osobliwości), lecz o konieczność innego spojrzenia, o inną „filozofię”. Podobnie rzecz się ma z mechaniką kwantową. Pisałem już o tym niejednokrotnie. Z góry jednak wiem, że propozycje moje odrzucone zostaną z kretesem. Na ogół mych „impertynencji” nie czyta się do końca poprzestając na pierwszych kilku zdaniach, bo to przecież nie artykuł w szanującym się periodyku naukowym, a autor... Któż to taki? Łatwo przypiąć odpowiednią łatkę, szczególnie, gdy się nie czytało, zgodnie z nakazami „poprawności”. „Jeśli wymyślił coś spoza głównego nurtu, to po prostu jest niedouczonym maniakiem. Nawet szkoda czasu na sprawdzanie tego. W internecie aż roi się od poprawiaczy fizyki.” Co prawda, to prawda (że roi się). W tym kontekście to, że sam jestem fizykiem nie ma znaczenia.
     Cóż, trzeba czymś okupić tę wspaniałą możliwość upublicznienia wyników badań prowadzonych zdala od reflektorów. Innym plusem jest to, że za wszystko, co popełniłem, odpowiedzialność ponoszę wyłącznie ja.  
   Powoli zaczynamy zbliżać się do końca naszych dociekań. Można już patrzeć na te moje popełnienia z perspektywy setek stron tekstu. Okazuje się, że to dosyć spójny system – antycypujący poprawnie i falsyfikowalny. Nawet ja, autor tego popełnienia, patrząc już z pewną dozą obiektywizmu, stwierdzam, że grawitacja dualna, zmodyfikowana grawitacja newtonowska – na niej wszystko tu bazuje, w zastosowaniu do opisu skondensowanych układów materialnych, może jednak stanowić alternatywę (nawet udaną) dla dzisiejszego widzenia spraw – czy chcą, czy też tego nie chcą sami zainteresowani. A jeśli się mylę w jakimś detalu, będę wdzięczny za szczere uwagi, za krytykę, nawet bezlitosną – jak dotąd, nie miałem z kim konsultować swych rozumowań i ustaleń. Wtedy się czegoś nauczę – i o to mi chodzi cały czas, gdyż kieruję się od samego początku nieposkromioną (przez urzędy i przybytki nauki) ciekawością świata, a nie interesem przyziemnych dóbr, których jako skromny emeryt nie posiadam, tym bardziej, że do ziemi pozostalo mi znacznie mniej, niż mam za sobą. Przepraszam, do nieba.
     Esej ten posiada też cechy podsumowania, konkluzji i ustaleń, które nazbierały się w różnych kontekstach tematycznych. To podsumowanie jest niezmiernie ważne u progu rozważań stanowiących swoistą kulminację mego herezjowania.