Plankony i
elsymony. Cz. 3
Treść
1. Hipotetyczny gaz plankonowy – przemyślenia w konfrontacji
z
danymi kosmologicznymi.
2. Zagadnienie siły wzajemnego oddziaływania plankonów.
3. Zagadnienie prędkości.
4. Maksymalne zbliżenie plankonów. Istnienie
granicznej (nie
asymptota) wartości energii potencjalnej i
siły.
5. Jaka jest masa układu przy
absolutnie maksymalnym zbliżeniu
jego elementów?
Á propos. Skojarzenia,
refleksje, przemyślenia
1. Hipotetyczny gaz plankonowy – przemyślenia w konfrontacji
z danymi kosmologicznymi
Załóżmy, że na początku do czynienia mamy z
„gazem” plankonowym, którego wszystkie elementy są sobie równoważne. Ten gaz, jeśli ilościowo jest ograniczony, nie może jednak na dłuższą metę tworzyć jednorodnego
statycznego kontinuum, nawet jeśli taki
jest jego stan początkowy. Pamiętamy przecież o właściwościach
plankonu. Stąd mamy „gaz” (w cudzysłowiu). [A tak na marginesie,
czy może istnieć stan absolutnie początkowy,
czyli stan, od którego zaczyna się istnienie czasu? Czy w ogóle możliwe jest istnienie nieczasu?]
Jeśli układ ten jest przestrzennie ograniczony, to także
istnieje nieskompensowana grawitacja przyciągajaca plankony, zwłaszcza te,
które znajdują
się w obszarze skrajnym. Sam układ posiada wtedy centrum (też grawitacyjne). W tym przypadku statyczność zostaje naruszona.
Jeśli jednak układ jest nieograniczony, nieskończony, to mamy
(przy warunkach statyczności i jednorodności) sytuację, w której ruch względny
nie istnieje wskutek pełnego zbilansowania sił (siła wypadkowa działająca
na każdy element równa jest zeru). W kontekście zastanowień
kosmologicznych, byłaby to też absolutna
wieczność pozbawiona czasu. Sądząc już po istnieniu autora tego popełnienia,
nie jest to możliwe. [Oczywiście przy założeniu, że
nie istnieje czynnik
zewnętrzny, transcendentalny, który miałby zapoczątkować ruch, czyli „siła wyższa”, primum moblile, zakłócajaca
ten wieczny spokój. Czy to wystarczyłoby, aby z nieskończonego kontinuum
wyczarować Wszechświat z całą jego zmiennością? Kiedy
zachciało się tej „sile wyższej” i dlaczego? W jakim momencie nieczasu...? Innymi słowy: Czy było to
możliwe wobec nieistnienia czasu? Przecież, by
istniał czas musi istnieć zmienność, a przecież już wola działania u tego kreującego
czynnika transcedentalnego oznaczać musi istnienie czasu. Niech przemyśli rzecz ten, którego te rzeczy
bawią. Do zastanowień jak powstały plankony nie namawiam.]
Na szczęście, my nie zajmujemy się czynnikami
trascendentalnymi (by nie powiedzieć:
teologią). Zajmujemy się znanym nam realnym
Wszechświatem, który jest dynamiczny, a nie statyczny, nie posiada centrum,
czego wyrazem jest zasada kosmologiczna (a więc i prawo Hubble'a); nie istnieje
przy tym przestrzeń na zewnątrz od niego. Takie istnienie centrum, a także istnienie przestrzeni extra, przeczyłoby bowiem zasadzie
kosmologicznej, którą przyjęliśmy apriorycznie. Przeczyłoby
też przewidzianej poprawnie temperaturze promieniowania reliktowego – tej wyznaczonej w
badaniu empirycznym. Jak na razie jest to sąd raczej odosobniony pomimo,
że zasada kosmologiczna jest powszechnie akceptowana...
2.
Zagadnienie siły wzajemnego oddziaływania
plankonów.
Zbadajmy funkcję F(r). Różniczkujemy ją i przyrównujemy pochodną do zera w poszukiwaniu ekstremum (ew. punktu przegięcia):
Wartość siły w tych
punktach:
4. Zagadnienie prędkości. Minimalna odległość między plankonami.
Otrzymujemy:
echświat wybuchający, proste ekstrapolacje zawodzą. Obliczenie więc tej
„dużo większej” prędkości za pomocą aparatu stosowanego tutaj nie jest możliwe,
zważywszy także na specyficzną topologię układu, z całą pewnością inną, niż ta
nam znana z autopsji, zważywszy na nieliniowość relacji
przestrzennych.
[Dziś sądzi się, że średnica obserwowalnego Wszechświata
wynosi ok. 92 miliardów lat świetlnych, patrz (Ctrl) tu i tu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Widzialny_Wszechświat). Czy to ostatnie słowo nauki? To ostatnie słowo dzisiejszych jej przedstawicieli. Jak na razie, Wszechświat
(potencjalnie) może być taki lub siaki – zgodnie z równaniem
Friedmanna-Einsteina (wraz z dodatkiem w postaci stałej kosmologicznej).
Jeśli Wszechświat jest immanentnie płaski, to może być dużo prościej, a jego aktualna średnica
jest rzędu 30 miliardów lat świetlnych.
W dodatku, jeśli nie było inflacji,
która wypchnąć miała dużą część Wszechświata poza zasięg widzenia (bo przecież
była przemiana fazowa, a po niej ekspansja hubblowska), to te 92 miliardy można
sobie podarować jako kuriozum przełomu wieków. Nie chodzi więc o rozszerzanie się autonomicznej przestrzeni, a
jedynie o względny ruch obiektów, których prędkość graniczna wyznacza granicę
płaskiej przestrzeni zajmowanej przez Wszechświat. Jedyną komplikacją (tu zwróciłbym się do matematyków-topologów) byłoby ograniczenie absolutne metryki istniejącej przestrzeni do
rozmiarów hubblowskich. „Jeśli jest
płaska, to powinna być nieskończona”, ale taką nie jest –
niewątpliwie świadczy o tym już istnienie
zmienności, oraz istnienie promieniowania reliktowego. Nie jest taką także z
powodu limitu c, który, w konfrontacji ze sposobem rozszerzania się
(ruchy względne, a nie rozszerzająca się przestrzeń), właściwie wskazuje na
historyczność, na zmienność – był kiedyś początek tego stanu rzeczy. Stanu rzeczy, a nie początek Wszystkości.]
Pozostawmy więc opcję jednorodnego
i statycznego gazu na boku. Ponieważ w gazie plankonowym
mają miejsce liczne oddziaływania, oczekiwać można, że rozwija się on w
kierunku tworzenia się układów bardziej lub mniej złożonych, tworzenia się
grudek elsymonowych. Nie mamy tu bowiem do czynienia z gazem doskonałym, w
którym cząsteczki są punktami nie „odczuwającymi”, że są przyciągane lub
odpychane, a ich spotkania są zderzeniami doskonale sprężystymi zachodzącymi w
zerowym zasięgu. „Co, zderzenie, to nie odpychanie? – Tak, ale ten zerowy
zasięg..” ¹
2.
Zagadnienie siły wzajemnego oddziaływania
plankonów.
Plankony, choć
są bardzo małe, tworzą świat odmienny, świat grawitacji. Tym różnią się od
cząsteczek gazu doskonałego jak przyroda od matematyki (czyli wobec nich trzeba
zastosować inną matematykę…). Mają przecież określone rozmiary, choć przy tym
mogą wnikać się wzajemnie (ale nie przenikać) będąc tworami prawdziwie
elementarnymi (fizycznie). Z nich zbudowana jest
materia substancjalna i promieniowanie, każda cząstka i każde ciało. By
stworzyć (na papierze) zasady budowy trwałych układów plankonowych, podstawy dla
budowy elsymonów (w sensie równowagi wewnetrznej i ich względnej odporności na
destrukcyjne wpływy zewnętrzne), wskazane jest przede wszystkim zbadanie
oddziaływania między dwoma plankonami tworzącymi układ odosobniony i powiązać
ustalenia tego artykułu z ustaleniami zawartymi w artykule poprzednim, w rozdziale: „Jak budować cząstki
elementatne?”.
Na tym etapie
opiszemy układ w sposób statyczny, to znaczy nie rozważając ruchu względnego
(naszych dwóch) plankonów. [W szczególnym przypadku oba okrążają wspólny
środek masy, jeśli po okręgu, to stan taki jest w gruncie rzeczy równoważny
bezruchowi (jeśli nie uwzględniać świadków zzewnątrz). W przypadku skrajnym
mają miejsce drgania wzdłuż osi łączącej je.] Dynamiką zajmiemy się dalej. Obliczymy siłę
przyciągania (i odpychania) w funkcji odległości między ich środkami. Rzecz
zbadaliśmy w odniesieniu do układu dwóch punktów materialnych**. Interesujące, czy otrzymamy wyniki zbieżne z
wynikami tamtego badania, które
posiada cechy ogólności i uniwersalności. To rodzaj sprawdzianu dla modelu
plankonowego.
Jak
wiadomo, w bardzo krótkim zasięgu istotym czynnikiem staje się niedobór masy. Należy
to więc uwzględnić w naszych badaniach. Powinniśmy też uznać, że w przypadku
ruchu względnego plankonów, wyniki tych badań powinny pozostać w mocy. Oddalone
od siebie plankony przyciągają się grawitacyjnie, stanowią przy tym, zgodnie z
założeniem, układ zamknięty. Niech początek układu współrzędnych związany
będzie z jednym z nich. Rozważymy wielkość siły w zależności od odległości
drugiego od początku układu r. Intuicja podsuwa nam wykres poniżej. Czy wykres poniższy odpowiada
rzeczywistości?
Sprawdzimy to w naszym badaniu. Zaczniemy
oczywiście od zbudowania wzoru na siłę. Oprzemy się w tym celu
na newtonowskim prawie powszechnego ciążenia, przy czym uwzględnimy to, że masa
układu wraz ze zbliżaniem się jego elementów, stopniowo maleje. Ponieważ we
wzorze na masę wypadkową nie występują żadne ograniczenia na wartość r,
wzór na siłę, który otrzymamy, słuszny powinien być dla każdej odległości. Wzór
ten traktować można jako modyfikację prawa Newtona. By uwzględnić ubytek masy
bazujemy oczywiście na wzorze:
wyprowadzonym w pierwszej (z
trzech) części tego eseju. Otrzymujemy więc wzór następuący:
Dzielimy przez 4 gdyż masa jednego elementu
równa jest m*/2. Otrzymaliśmy wyrażenie bardzo podobne do wzoru (7) w artykule
poświęconym punktom materialnym. Widzimy, że siła jest tu dodatnia w całym
zakresie wartości r, że wzór ten nie określa zwrotu działającej siły
(przyciąganie – odpychanie), gdyż nie uznaje, na razie, możliwości istnienia
odpychania. Wiemy, że ma ono miejsce gdy odległość między środkami plankonów
mniejsza jest niż połowa długości Plancka. By nałożyć ten warunek, należy we
wzorze (**) dostawić czynnik, który czyni zadość naszej potrzebie:
Zbadajmy funkcję F(r). Różniczkujemy ją i przyrównujemy pochodną do zera w poszukiwaniu ekstremum (ew. punktu przegięcia):
W samym obliczeniu, jak widać, czynnik Γ nie odgrywa roli.
Co najważniejsze, widzimy, że rzeczywiście funkcja nasza posiada ekstremum (ew. p. przegięcia) i to w
dwóch punktach. Choć nie pasuje to do intuicyjnych przewidywań, otrzymane przez
nas wartości r odpowiadają tym, które
otrzymaliśmy w odniesieniu do dwóch punktów
materialnych. To zachęca. W kontynuacji naszego badania stwierdzamy, że
w pierwszym punkcie jest maksimum, w drugim zaś punkt przegięcia (nie minimum,
gdyż dla wartości r mniejszych siła jest ujemna (czynnik Γ < 0)). Oto wykres:
Dokładnie to samo, co otrzymaliśmy w odniesieniu do pnktów materialnych.
Znów
zastanawia ogromna wartość maksymalnej siły:
Stwierdziliśmy to już w artykule pświęconym punktom materialnym.
To liczba ogromna! To świat zupełnie inny! Czy
na prawdę inny?
Cechy przyrody nie
zależą od skali. To ta sama przyroda. Po prostu, przyroda percepowalna jest
bardziej złożona. [Jeśli wymieszamy
proszki niebieski i żółty, otrzymamy, w naszej percepcji, kolor zielony.
Dziś naszą prawdą jest zieleń.] To,
co dane jest naszym zmysłom i dotrzeć
może do naszej świadomości, będąc wynikiem
nałożenia się i wymieszania bodźców, jawi się nam jako inna jakość i stanowi podstawę dla teorii, które wymyślamy i rozwijamy. Dzisiejszy opis
przyrody ma siłą rzeczy charakter fenomenologiczny. Oczywiście to jeszcze nie wystarczy. Świat „podwymiarów”, choć wymaga innego podejścia, nie jest inny. W nim obowiązują te same prawa podstawowe.
A
wracając do rzeczy, ta ogromna wartość siły pomaga uzmysłowić jak silna (w odpowiedniej skali) jest
grawitacja. Otrzymaliśmy ten wynik nie po raz pierwszy. Mogliśmy się go
spodziewać pomni wyniku badania oddziaływania dwóch punktów materialnych, wyniku
przecież bardziej ogólnego. Wynik ten potwierdza też wyrażony już pogląd, że
grawitacja stanowi bazę dla wszystkich oddziaływań (wraz ze silnymi,
oczywiście). Sam wykres (powyżej) jest właściwie identyczny z wykresem
opisującym oddziaływanie wzajemne dwóch identycznych punktów materialnych².
Godne uwagi jest także to, że w pewnym
przedziale (L/2, L) siła rośnie wraz z
oddalaniem (aż do osiągnięcia swej maksymalnej wartości, o której przed chwilą
mówiliśmy). Nie jest to zbieżne z naszymi nawykami myślowymi (siła w polu centralnym maleje wraz z odległością).
Upoglądowieniem
tego może być naciąganie gumki. Interesujące jest, że cechę tę posiadają
oddziaływania w układach gluonowo-kwarkowych. Mowa o tak zwanej asymptotycznej
swobodzie (asymptotic freedom) i uwięzieniu (z
tego powodu) koloru, (color confinement z tego powodu)
co sprawia, że nie jest możliwe bezpośrednie zaobserwowanie kwarków. Sądząc po
wynikach naszych rozważań, przypuszczać można, że zasięg „sklejenia” kwarków
jest na tyle krótki, że porównać go można z długością Plancka. Być może
rzeczywiście kwarki stanowiły pierwotny strukturalny element panelsymonu w
chwili poprzedzającej początek ekspansji. A gluony? W modelu grawitacji dualnej
jakby tracą rację bytu. W przypływie arogancji
powiedziałbym nawet, że pomysł wskazujący na potrzebę istnienia cząstek „przekazujących
siły”, w
odniesieniu do pola grawitacyjnego, nie jest adekwatny. To pole podstawowe, baza dla pozostałych oddziaływań. Grawitony? To nie ten kierunek. Można bez nich. Są bowiem wyłącznie produktem określonego
paradygmatu. A
teorię zawsze można dopasować (dla zgodności z paradygmatem). Niektórzy zaczynają już
dostrzegać (na razie podejrzewać, bez możliwości uzasadnienia podejrzeń) że
poszukiwania grawitonu, to syzyfowa praca. Czy mylę się? Niech ktoś to
udowodni. Wskazówka:
poszukać faktów przyrodniczych (a nie argumentów bazujących na teorii
tej, czy innej), przeczących grawitacji dualnej, innymi słowy, faktów, których
wyjaśnienie racjonalne na tej właśnie bazie, nie jest możliwe. Warto przy tej okazji
przypomnieć sobie, że model ten generuje bardzo dużo antycypacji, które można
sprawdzić nawet dziś (po uniezależnieniu się od aktualnych nawyków myślowych).
Pole jest
bytem, którego nie można oddzielić od materii. W gruncie rzeczy materia, każde
ciało i każda cząstka, to pole, pole grawitacyjne, w postaci bardzo
skondensowanej. Już słynny wzór Einsteina (mc²) stanowi upoglądowienie tego. To
jednak za mało. By poznać prawdę o grawitacji, należy zejść znacznie niżej, ku „podwymiarom”
grawitacji elementarnej, ku plankonom. Wyprowadzony przez nas wzór daje temu świadectwo. Plankon jest skrajną kondensacją pola grawitacyjnego,
a także jego elementarnym źródłem, jedynym istniejącym. W związku z tym nie
istnieje nieskończona ciągłość w głąb tak, jak nie istnieje fizyczna
osobliwość. W tym tkwi źródło kwantyzacji (także pola grawitacyjnego).
4. Zagadnienie prędkości. Minimalna odległość między plankonami.
Załóżmy, że
odległość początkowa między dwoma plankonami
jest bardzo wielka (matematycznie dąży do nieskończoności). Pozostawiając jeden
z nich w początku układu współrzędnych, możemy powiedzieć, że drugi spada na
niego swobodnie pod wpływem siły grawitacyjnej. [Nie
uwzględniamy tu obecności innych plankonów,
gdyż, jak zwykle, rozważamy przypadek najprostszy, „surowiec”, układ
elementarny. Fizyka układów złożonych właściwie nie jest inna, za to aspekt
obliczeniowy, nawet w przypadku już trzech elementów staje się dominujący i
wymaga już metod aproksymacyjnych. Dla nas istotny jest jedynie aspekt
fizyczny, sama koncepcja u jej źródeł. To model przeznaczony do testowania.]
W miarę spadania
rośnie siła przyciągania, rośnie więc przyśpieszenie. Interesujące, jaka jest
prędkość spadania³. W
naszym badaniu odpowiemy na trzy pytania, które dotyczą spraw zasadniczych:
1. Jaka jest odległość między
środkami plankonów w momencie gdy prędkość jest
maksymalna?
2. Jaka jest wartość maksymalnej
prędkości?
3. Jaka jest minimalna odległość
między ich środkami w momencie zatrzymania?
Odpowiedź na pierwsze pytanie jest natychmiastowa. Jest to
odległość, w której zeruje zeruje się
siła przyciągania, czyli połowa długości Plancka. By odpowiedzieć na pytanie
drugie, przede wszystkim należy obliczyć pracę siły rozpędzającej (aż do
momentu, gdy będzie równa zeru) w przedziale od nieskończoności do połowy
długości Plancka. Praca ta równa jest przyrostowi energii kinetycznej. Stąd
droga do obliczenia prędkości. Można oczekiwać, że prędkość ta osiągnąć może
wartości relatywistyczne. To od razu wywołuje poważną obawę co do oczekiwanych
w tym przypadku komplikacji obliczeniowych. Głębsze zastanowienie (dzięki tej
obawie) prowadzi jednak do konkluzji, że efektu relatywistycznego, w tym
przypadku, nie należy brać pod uwagę. W skali plankonowej
bowiem efekt ten nie występuje. Masa plankonowa
nie podlega relatywistycznemu wzrostowi jako elementarna jednoznacznie i
niezmiennicza względem dowolnej transformacji;
niezależna od doboru układu odniesienia. Co
istotniejsze, nie musimy obserwować naszego plankonu. Obserwować? Za pomocą
fotonów? Tu efekty (obserwacyjne) szczególnej teorii względności są nierelewntne. Poza tym, prawdziwie elementarny twór musi być
niezmienniczy! Obliczmy więc pracę:
dW = -Fdr
Minus tu wyraża fakt, że podczas spadania
przemieszczenie jest ujemne gdy praca jest dodatnia (podczas zbliżania się pod
działaniem siły przyciągania). W fazie odpychania da o sobie znać czynnik Γ. Podstawmy w powyższym wyrażeniu wartość siły na podstawie wzoru (***).
Otrzymujemy:
By obliczyć prędkość maksymalną, należy
wyrażenie to scałkować w odpowiednich
granicach:
Tutaj czynnik Γ jest dodatni, dlatego został pominięty. Obliczamy tę całkę i
otrzymujemy co następuje:
gdyż:
Przyjmując: Otrzymujemy:
Zauważmy, że ze współczynnikiem 2/3 mieliśmy
już do czynienia, w artykule traktującym o energii potencjalnej. Pojawia się
też w rozważaniach kosmologicznych bazujacych na równaniu Friedmanna (mimo
wszystko warto i to zauważyć). Jeśli przyjmiemy za uzasadnioną podstawową
definicję energii kinetycznej, co nie powinno stanowić problemu także w
odniesieniu do plankonów, otrzymujemy:
Zatem jest to prędkość większa od prędkości
światła. Nie powinno to sprawiać kłopotu w związku z
niezmienniczością plankonu (zwróciłem na to uwagę powyżej). Wynik ten
odpowiada naszej hipotezie dotyczącej bardzo wczesnej fazy Wybuchu (URELA),
choć mowa tu o zbliżaniu się, a nie ekspansji. Zgodnie jednak z zasadą
zachowania energii, prędkości te powinny być jednakowe, bo przecież plankon po
zatrzymaniu się, rozpędza się pod działaniem siły odpychania. Prędkość
otrzymana przez nas, to prędkość względna najbliższych sąsiadów. Prędkość
względna elementów najbardziej oddalonych od siebie może być dużo większa.
Zwróćmy też uwagę na to, że przy opisie układów złożonych, a był takim przecież
Wsz
Otrzymaliśmy
prędkość większą od c. O ile? To łatwo obliczyć. Oto źródło
nadmiarowej energii kinetycznej, która zdyssypowała w momencie przemiany
fazowej, powołując do istnienia temperaturę. To także rodzaj wskazówki dla oszacowań temperatury początkowej (tej
najwyższej w dziejach), a przy tym dla potwierdzenia całej koncepcji.
Nadszedł czas
odpowiedzi na pytanie trzecie: „Jaka jest minimalna odległość?” Plankon
nasz zbliżając się przekroczył właśnie punkt, w którym siła zeruje się, a
prędkość osiąga wartość maksymalną. Kontynuując swój ruch napotyka na opór.
Działa na niego rosnąca w miarę podążania naprzód siła odpychania. Wreszcie zatrzymuje się.
Co będzie potem, wiadomo. Nas interesuje minimalna odległość, odpowiadająca
zerowej prędkości. By ją obliczyć, zacznijmy od obliczenia wartości pracy
(całki) po nowych granicach:
Zwróćmy uwagę, że tym razem czynnik Γ jest ujemny, stąd brak minusa w wyrażeniu na pracę. Dodatkowo, szukaną
odległość x wyrażamy za pomocą długości Plancka: x = nL. Naszym celem jest zatem znalezienie wartości n.
Zwróćmy więc uwagę na zmianę energii kinetycznej:
Otrzymujemy więc:
I stąd równanie:
Posiada ono tylko jedno rozwiązanie: n = 1/4. Zatem odległość minimalna równa jest ćwierci
długości Plancka. Jednoznacznego rozwiązania należało oczekiwać. Brak
rozwiązania lub większa, niż jedno liczba rozwiązań, poddałyby w wątpliwość
cały mój wysiłek, bo przecież rozwiazanie powinno być jednoznaczne. Sama
koncepcja musiałaby być odrzucona. Byłem w związku z tym w sporym napięciu, gdy
po raz pierwszy rozwiązywałem to równanie (sprawdzałem wielokrotnie).
Otrzymany wynik był źródłem sporego
przeżycia. To, że wynik ten w dodatku zadziwia swą elegancją oznaczać może, że
jesteśmy dość blisko prawdy. Ale to jeszcze nie koniec, gdyż zaciekawienie
budzi od razu masa grawitacyjna takiego układu. Wyznaczenie jej nie stanowi
problemu. Na razie jednak proszę o cierpliwość.
Sądzę, że warto najpierw obliczyć energię potencjalną w tym momencie
największego zbliżenia. Trzeba się pośpieszyć zanim rozpocznie się odpychanie, by zdążyć przed Wielkim
Wybuchem.
5. Maksymalne zbliżenie
plankonów.
Powróćmy do artykułu poprzedniego. Dla przypomnienia, tam zajmowaliśmy się między innymi energią potencjalną oddziaływania plankonów. Tam
wykres asymptotycznie zbliża się do osi energii (OY). Jak się jednak okazuje,
istnieje odległość minimalna, na jaką mogą zbliżyć się dwa plankony. Równa jest
ona ćwierci długości Plancka. Łatwo wyliczyć, że odpowiadajaca jej energia
potencjalna jest czterokrotnie większa, niż energia spoczynkowa plankonu. Nie
ma więc asymptoty. Wykres kończy się w określonym miejscu. To znamienne. Prawda
jest jedna i nie prowadzi do niej asymptota. Uwidacznia się to jednak
wyłącznie w układach (prawdziwie) elementarnych. Ale jeśli tam, to w całej
materii – asymptotyczność przy opisie układów makroskopowych jest pozorna
i oznacza istninie ograniczenia w danej metodzie opisu. Oto jeszcze jedno, tym
razem „filozoficzne” potwierdzenie, jeśli nie słuszności obranej drogi, to
chociaż zasadności dociekań w tym kierunku. Czy tylko dla filozoficznej
elegancji? To z pozoru błahe stwierdzenie ma jednak swoją wagę.
A jak wielka
siła odpychania odpowiada tej granicznej odległości? Wyznaczenie nie jest już
problemem. Podstawiając do ogólnego wzoru na siłę (***), uwzględniając Γ = – 1, oraz korzystając ze znanego już
wzoru:
Otrzymujemy:
Maksymalna siła odpychania jest więc 64 razy
większa, niż siła maksymalna przyciągania. Także tu nie ma więc asymptoty.
Rzecz kończy się na tej wartości siły. Zakaz Pauliego jest bezpośrednią konsekwencją tego właśnie faktu.
6. Jaka jest masa układu w momencie zatrzymania?
To naturalne pytanie zadane
zostało pod koniec rozdziału trzeciego. Jak zobaczymy dalej, warto było je
zadać.
To oczywiste, że
masa układu jest w tym szczególnym momencie ujemna. Jej wielkość wyraża znany
już wzór:
Wraz z tym, dla przypomnienia:
Otrzymujemy więc co następuje:
Jak wiadomo, ze wzorów definicyjnych
(wielkosci plankowskich) wynika, że:
Oto wynik końcowy:
Wynik
zdumiewający, pomimo, że dla
intuicji było
to do przewidzenia. Symetria absolutna! Gdy są nieskończenie daleko jeden od
drugiego, ich łączna masa równa jest oczywiście 2M. Tę samą masę posiada układ gdy odległość
między jego elementami jest minimalna, z tym, że jest to masa ujemna. Tak, minimalna!
Na mniejszą odległość nie mogą się zbliżyć, tak samo, jak nie ma odległości
większej niż nieskończona. Także zasada zachowania
energii obowiązuje i kategorycznie wyklucza dalsze zbliżenie się (chodzi o
wielkość masy). Znow zakaz Pauliego! W dodatku, także on jest wyrazem spełnienia zasady
zachowania energii. Chyba właśnie tu
tkwi jego tajemnica. Czy to nie przypomina skwantowania (grawitacji)? Nieskończoność z „jednej strony lustra”
staje się konkretem po drugiej stronie. Alleluja! Ten okrzyk wyraża wszystko...
Á
propos
Skojarzenia,
refleksje, przemyślenia
¹) Interesujace z punktu
widzenia psychologicznego jest to, że w ogóle
rozważa się coś takiego (odbicie doskonale sprężyste w zerowym zasięgu), jakby to naprawdę miało miejsce w przyrodzie.
Przykład szczególny stanowić mogą zderzenia
swobodnych elektronów z pojedyńczymi fotonami,
traktowane jak zderzenia sprężyste centralne kul*. Tak w każdym razie
odbierają rzecz zaineresowani nauką młodzi ludzie. Tak
też często interpretowany jest efekt
Comptona w szkołach (oczywiście niesłusznie, ale z nieco innego powodu). A jednak fizycznie (odbicie
doskonale sprężyste w zerowym zasięgu) to przecież absurd. „To jednak
tylko rodzaj przybliżenia” – rzekłby ktoś... Przybliżenia oddalającego od rzeczywistości także
wyobraźnię, którą chcemy u młodych rozwijać tak, by tę rzeczywistość przybliżała. Jeśli już w szkole
wychodzi się z takich i podobnych założeń a priori, to nic dziwnego, że
pojawiają się, nawet dosyć często, automatycznie
i bezrefleksyjnie, sądy niezbyt poprawne nawet u ludzi nauki. Stereotypy ukształtowane w młodości żyją własnym życiem i
są tym mocniejsze, im są bardziej irracjonalne. Już nie chcę podawać przykładów
spoza fizyki. Ad rem. Spróbujmy opisać (jakościowo), co się może stać, gdy elektron zbliży
się do fotonu. [Spróbujmy opisać to, nie
bazując na mechanice kwantowej, w sposób jakby mechanistyczny. To nie znaczy,
że lepiej. To znaczy, że trzeba spróbować.] Prędkość elektronu względem innych
ciał nie ma tu zupełnie znaczenia. Inne
ciała nie mają z tym nic wspólnego, są daleko poza naszym układem, a nawet o
elektronie nic nie wiedzą. W dodatku zbiór
ich prędkości względem naszego elektronu [0,c) wyklucza sens zajmowania się jego energią kinetyczną,
której wartość zależy od układu odniesienia
– o jednoznaczności nie ma tu mowy. A jednak, wśrod astronomów są tacy (Celowo nie przytaczam nazwisk, bo
są dosyć znani i cytowani – stąd wiem o nich.), którzy kosmiczne promieniowanie
rentgenowskie tłumaczą tym, że „elektrony wysokoenergetyczne podczas zderzenia z
fotonami promieniowania reliktowego przekazują im energię, czyniąc z nich
fotony promieniowania rentgenowskiego, a nawet gamma. ”
Zatrzymajmy kadr w momencie największego
zbliżenia elektronu z fotonem. Obaj gracze są
elsymonami. Pole grawitacyjne elektronu w momencie jego zbliżenia do
fotonu, powoduje deformację wzajemną obydwu. Następuje polaryzacja w układzie drgań plankonów tworzących je – indukcja grawitacyjna). Tym samym, foton staje się
źródłem nieskompensowanego pola
grawitacyjnego. Przyciąga
elektron (i sam jest przyciągany). [Z tego też powodu bieg światła odchylany jest w silnym
polu grawitacyjnym (nie koniecznie za sprawą zakrzywienia przestrzeni).]
Mamy tu analogię w odniesieniu do
elektrostatyki – indukcja elektrostatyczna (jak skrawki papieru w polu
potartego przedmiotu). W naszym układzie ma miejsce
oddziaływanie grawitacyjne. Jak wiadomo, w
polu grawitacyjnym zwiększa się długość fali promieniowania (wbrew powszechnemu przekonaniu, bynajmniej nie z powodu grawitacyjnej dylatacji czasu, w każdym razie tak śmiem sądzić), ale to tylko na moment kontaktu***. Zaraz po tym promieniowanie, a więc i foton,
powraca do swego stanu pierwotnego, do
pierwotnej energii. W doświadczeniu nie może
to być uchwycone. Możliwe do
uchwycenia jest jednak rozproszenie, zgodnie z zasadą zachowania pędu.
Już to sugeruje, że model grawitacyjności fotonu jako elsymonu jest
niesprzeczny. Sama zmiana pędu świadczy o tym, że
uczestniczy w oddziaływaniu. Jakim? Oczywiście
grawitacyjnym.
Tak na marginesie, wracając do oddziaływania fotonu, warto zauważyć, że
zakłócenia zachodzących w nim drgań wewnętrznych, a tym indukcyjne wywołanie
jego grawitacyjności, spowodować mogą tylko cząstki masywne (nawet elektron). Foton samotny nie jest źródłem pola
grawitacyjnego. Nic dziwnego, że wiązki świetlne ze sobą nie oddzialywują.
Model plankonowy wyjaśnia również ten fakt. [A jeśli
cząstka posiada masę ujemną? To foton odchyla się w przeciwną stronę. Sądzę, że
w przyszłości zaistnieje szansa sprawdzenia tego. Rozpraszanie
światła na neutrinach? Być może tak będzie można odkryć, że rzeczywiście
neutrina mają masę ujemną... O neutrinach w eseju im poświęconym.]
Choć wszystko to brzmi
raczej logicznie, nieodzowne są badania... nawet jeśli to wszystko skwitujesz
Czytelniku jako „fantazjowanie dla ubogich”. Jeśli tak skwitujesz, to albo nie
czytałeś wszystkiego, albo już jesteś zaprogramowany.
Decydujące znaczenie ma eksperyment, a ten, jak na
razie nawet nie próbował obalić modelu, który ze sporą dozą arogancji
przedstawiam w swych pracach. Przy tym fakty znane, raczej potwierdzają go (w każdym razie nie
falsyfikują).
²) Ta
ogromna siła kojarzy mi się w tym momencie z hipotezą inflacji. Również tam jakaś
ogromna siła spowodowała nagły, nawet wykładniczy wzrost rozmiarów tego (Tego?
Właściwie osobliwości, pomimo, że ta jest zerem...), co miało stać się
Wszechświatem. [Tak dla ścisłości, inflacja miała zacząć się (z powodu tego
osobliwego zera) dopiero po jakimś czasie. Chytry unik. Czy dzięki temu jest
bardziej wiarygodna?] Tam była to jakaś nie sprecyzowana do końca siła, energia
próżni, a my wiemy, że była to grawitacja. Zresztą
ta siła (o dziwo) jest nazywana grawitacją odpychającą, a przy tym bazuje na
wiadomej przecież masie Plancka, bardzo wielkiej w porównaniu z masą wszelkich
znanych cząstek. Ja wymyśliłem byt
elementarny absolutnie (o tejże masie), dzieki czemu energia próżni ma już
swoje konkretne źródło. Inflacja jest
ekspresją intuicji, a Urela bazująca na dualnej grawitacji stanowi
skonkretyzowanie rzeczy na bazie
przyczynowości (a nie według schematu: fakt empiryczny → hipotezy dopasowujące się do niego, hipotezy bazujące na obowiązujących aktualnie
paradygmatach i teoriach, zgodnie z inwencją
twórczą zaangażowanych w sprawę.). Znamienne
jest to, że Allan Guth wymyślił jakąś
„odpychającą grawitację”, a nie pomyślał o możliwości istnienia
grawitacji dualnej. Właśnie dzięki niej nie istnieje
potrzeba posługiwania się takimi hiperabstrakcyjnymi pojęciami, jak: cząstki i
pola Higgsa, energia próżni, fałszywa próżnia, pole inflatonowe; nie istnieje (w tym zakresie badań) potrzeba
stosowania hipermatematyki. Niepotrzebna jest też
hiperprzestrzeń i supersymetria. Godne więc najwyższego uznania jest to,
do czego można było dojść wychodząc z przesłanek kwantowych i od góry, to
znaczy bazując na wielkościach danych obserwacji (obserwable); w dodatku bez
liczenia się z grawitacją, która jest przecież (zgodnie z powszechnym nawykiem
myślowym), oddziaływaniem supersłabym. Tak, bez liczenia się z grawitacją, a wraz z tym mimo wszystko
uwzględnienia jej na poziomie plackowskim w hipotezie-odgadnieniu (inflacja)
bez należytej bazy pojęciowej. To godne
uznania (dla intuicji). Mi było dużo łatwiej, gdyż uznałem grawitację za
oddziaływanie podstawowe, wobec którego inne oddziaływania są efektem
złożoności i przyjąłem za bazę jej dualność.
W dodatku nie zasłaniały mi widoku niebotyczne
fluktuacje (istniejące w tym zakresie rozmiarowym), wykluczające wgląd z powodu
uwarunkowań kwantowych (już a priori). To
nie wielka rewolucja. To drobny zabieg, mały kroczek naprzód (raczej nie do tyłu).
Tak nawiasem mówiąc, ta zbieżność (Inflacji z
Urelą)
pośrednio świadczyłaby o tym, że rzeczywiście grawitacja stanowi klucz do
wszystkiego. Nic dziwnego, że nie udało się jej dokooptować do pozostałych
oddziaływań jako wtórnego kopciuszka. To, że teraz (chyba nie tylko w mych
pracach) triumfuje swą wielkością, w pełni uzasadnia dotychczasowe
niepowodzenia. Otrzymana (wprost na kilka sposobów) „uniwersalna siła”
mogłaby na to wskazywać. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na to, że
istnienie odpychania grawitacyjnego jest, zgodnie z przedstawioną tu koncepcją,
naturalną konsekwencją istnienia przyciągania. Uświadomienie istnienia
niedoboru masy grawitacyjnej dało też możliwość zrozumienia, dlaczego
grawitacja w naszym percepowalnym otoczeniu, jest aż tak słaba.
³) Czy prędkość
względna plankonów może być inna niż c? Sądząc po ich absolutnej
elementarności? Inne prędkości mają charakter względny, także wielkość siły...
To jednak z punktu widzenia obserwatora..., który właściwie nie istnieje... W
naszym testowaniu plankony są punktami materialnymi, a ich cechy wewnętrzne
bytu absolutnie elementarnego, właściwie nie uczestniczą w tym badaniu. Plankon
czuje, że jest przyciągany (lub odpychany).
Przez co? To nie jego sprawa. Dodajmy do tego, że w pierwszej fazie Wybuchu
prędkość względna przekroczyć miała, nawet znacznie, prędkość inwariantną (c). Chodzi tu jednak o tempo ekspansji, o prędkość, z jaką
wzrastał promień Wszechświata. A może w rzeczywistości prędkość względna równa była
wyłącznie c? Prękość najbliższych sąsiadów, ma się rozumieć. A jak z
prędkością dalszych sąsiadów? Tych sąsiadów musiało być dosyć dużo, w każdym
kierunku, przy czym z całą pewnością obowiązywała, także w tym układzie, zasada
kosmologiczna, będąca przecież wyrazem symetrii, jednorodności i izotropowości
w skali globalnej****. Zgodnie z
tą zasadą prędkość względna jest proporcjonalna do wzajemnej odległości. W tym
przypadku byłaby wielokrotnością inwariantu c. Czy „c” była
więc jedyną możliwą bazą dla prędkości względnej? Czyżby więc nie było
przyśpieszenia w początkowej fazie? Nie było Ureli (albo
inflacji)?? Chyba, że nie jest słusznym twierdzenie, że prędkość
względna plankonów nie może być inna niż c, zresztą zgodnie z sugestią
na początku tej dygresji. Bo jeśli nie może być inna niż c, to dlaczego
jest (zgodnie z zasadą kosmologiczną) n-razy większa względem dalszych
sąsiadów? Ta względność przeczyłaby zresztą jej niezmienniczości. Zatem, albo
wszystkie plankony względem wszystkich poruszały się z prędkością c,
niezależnie od ich wzajemnej odległości, albo nie jest koniecznością ta
prędkość, czyli prędkość względna może być inna niż c. W pierwszym
przypadku nie ma mowy o ekspansji, rozwoju. Tylko w absolutnym zastoju, bowiem
wszyscy względem wszystkich poruszają się z tą samą prędkością, właściwie nie
poruszają się wcale. Tak dla przypomnienia, nas
interesuje wzajemne odpychanie w pierwszej fazie wybuchu. Przypadek ten
więc odpada. Pozostaje przypadek drugi. Zatem inwariant c immanentnie
tkwi w samym plankonie, natomiast poza nim sprawa jest otwarta. Dodajmy, że
budulcem przestrzeni jest ruch postępowy, ruch względny (była już o tym mowa w
tekście właściwym). Nie byłoby więc rozszerzania się, gdyby jedyną prędkością
była niezmiennicza prędkość c. Poza tym plankony obdarzone są masą. Co
innego fotony. Prędkość wzajemna c zarezerwowana jest wyłącznie dla
nich. Prędkość c jest dla nich jakby parametrem zewnętrznym, w
odróżnieniu od plankonów, dla których c jest ich wewnętrzną sprawą. Dla
przypomnienia, fotony pojawiły się w momencie, gdy masa układu równa była zeru
(tym zakończyła się Urela,
a zaczęła się przemiana fazowa). W odniesieniu do układu dwóch plankonów, odległość miedzy
ich środkami w tym stanie równa jest połowie
długości Plancka. Á propos, taki (polowy) jest sens długości Plancka. A „skorupa” określajaca
rozmiary plankonu? Zaskorupiała jest nasza wyobraźnia. Później był chaos, a przestrzeń
zaczęła ekspandować z prędkoścą stanowiącą kres górny prędkości względnych, elementów
posiadających masę. Jak się niebawem okaże, minimalna odległość, na samym
początku Big Bangu, równa była ćwierci długości Plancka. To daje jakiś punkt
zaczepienia dla dalszych badań.
Plankony, właściwie tylko one, odpychały się (w bardzo
krótkim zasięgu), choć ich agregaty, które utworzyły cząstki, przyciągały się
wzajemnie, przyciągały z siłami stosunkowo małymi, będąc układami prawie
wysyconymi grawitacyjnie. Stąd słabość grawitacji percepowanej przez nas.
Zastanawiające jest to, że nasz biedny plankon osobiście odpowiedzialny jest za
cały ten bałagan zwany Wszechświatem.
*) Zostawmy
na boku mechanikę kwantową z jej nieoznaczonością. Podejście „mechanistyczne”
wystarcza. Zgodnie z pewną hipotezą, mającą
wyjaśnić tworzenie się promieniowania rentgenowskiego gdzieś tam w kosmosie,
elektrony o wielkiej energii kinetycznej przekazują, poprzez
zderzenie, część swej energii fotonom promieniowania reliktowego
(mikrofale), przekształcając je w fotony promieniowania X, a nawet gamma. Fajnie brzmi. Problem w tym, że energia kinetyczna
jest względna, to znaczy jej wielkość zależy od układu odniesienia. Może być na
przykład zerowa względem któregoś z obserwatorów.
Natomiast energia fotonu jest taka, a nie inna (hν), określa rodzaj promieniowania. „A efekt Dopplera?” To nie dotyczy sprawy, gdyż nie ma tu
źródła promieniowania. Foton względem każdego obserwatora przemieszcza się
z prędkością niezmienniczą. To, co zachodzi między
elektronem, a napotkanym fotonem, nie ma nic wspólnego z nieskończoną liczbą
innych obiektów znajdujących się poza tym układem. Zatem nawet „wielka energia
elektronu” (swobodnego), względem niektórych z tych obiektów, nie może mieć wpływu na wynik jego oddziaływania z
fotonem. A o jaki rodzaj oddziaływania chodzi?
Wiadomo. Foton
jest przecież elektrycznie obojętny.
**) Artykuł
(pierwszy z tej serii) pt. "Dualny charakter grawitacji”
***) Istnienie grawitacyjnej dylatacji
czasu (tutaj, w szczególności w odniesieniu do
fotonu z naszego przykładu) jest rzeczą dość kłopotliwą, gdyby spojrzeć na to
całościowo. Mielibyśmy między innymi lokalne niedopasowanie czasowe do czasu globalnego kosmicznego,
nieprzeliczalną liczbę takich niedopasowań (już bez zaglądania do czarnej
dziury). Który z czasów mierzonych jest właśnie tym globalnym? A może ten
globalny, wspólny po prostu nie istnieje. No to jak to się stało, że
Wszechświat wybuchł jako całość w jednym momencie, będąc obiektem
samouzgodnionym, samouzgodnionym przez cały czas
trwania Ureli (albo inflacji)? Jak to jest, że horyzont Wszechświata, niezależnie od tego w
którą stronę patrzymy, znajduje się jednakowo daleko, że obowiązuje zasada
kosmologiczna, której obserwacyjnym potwierdzeniem jest empiryczne prawo Hubble'a?
Czy wspólczynnik H (jak
wiadomo, określający wiek Wszechświata) w
odniesieniu do jednakowo oddalonych (od nas)
obiektów jest u nich bezwzględnie jednakowy? Czy może być jednak różny z powodu innego środowiska
grawitacyjnego? Mamy więc dodatkową ewentualną przyczynę niepewności przy
wyznaczaniu wartości tego współczynnika. A tak bardziej ogólnie, czy mogłyby istnieć globalne procesy
(o charakterze kosmologicznym) bez pełnego uzgodnienia czasowego? A może nie
istnieją (Także nie istnieje ciemna energia...) Same kłopoty.
Mniej kłopotliwym rozwiązaniem byłoby zrezygnowanie z
dylatacji czasu (lub uznanie jej za skrót myślowy z wymogów matematycznych, a nie faktyczny
efekt fizyczny). Na energię fotonu
przelatującego w polu grawitacyjnym składają się: energia własna hv (w obszarze
niegrawitacyjnym) i ujemna energia potencjalna, jaką posiada foton w danym
punkcie pola grawitacyjnego. Energia łączna jest więc mniejsza, co manifestuje
się dłuższą falą. Tak rozumując dochodzimy do wzoru bardzo podobnego do tego
przewidywanego przez OTW. Bez angażowania w to czasu. Zmiana szybkości upływu czasu czyni „nowe” cechy fotonu trwałymi, bo przecież „spóźnił się na pociąg”. Foton po
wyjściu z pola grawitacyjnego, jeśli się spóźnił, już nie powraca do swej pierwotnej,
źródłowej postaci. A przecież promieniowanie gamma lub rentgenowskie z okolic
gwiazd neutronowych i (ew. czarnych dziur) - pole grawitacyjne jest tam bardzo
silne; raczej świadczy o tym, że fotony „osłabione”, po wyjściu z pola
grawitacyjnego, jednak wracają do swej pierwotnej postaci.
„A co z czarnymi dziurami?” Od razu pada spontaniczne pytanie. Także ten problem rozgryzłem, oczywiście na bazie
grawitacji dualnej. Czarna dziura jest obiektem zamknietym grawitacyjnie, bez
osobliwości, a materia w jego wnętrzu jest jak najbardziej nam znana, choć w
(byłych gwiazdach) bardzo skondensowana. Średnia gęstość takiego obiektu jest
odwrotnie proporcjonalna do kwadratu jego masy. Łatwo to wyliczyć i sprawdzić w
odniesieniu do odpowiednio masywnego jądra galaktyki. Może
być nawet mniejsza od gęstości wody. Co najważniejsze w kontekście
naszych rozważań, nie ma tam dylatacji czasu. Po
prostu nie jest potrzebna, by wszystko grało. Dylatacja nawet by
przeszkadzała (w tym graniu fałszywymi tonami).
Dylatacja czasu – owszem ma miejsce, ale
nie grawitacyjna-lokalna, lecz kinematyczna, także globalna,
kosmologiczna, stwierdzana dla obiektów odległych w związku z ich dużą
stosunkowo prędkością oddalania się. Stwierdzić to można i wolno (nawet obliczyć), gdyż przestrzeń Wszechświata jest płaska. [Sprawą tą zająłem się w serii
artykułów pod wspólnym tytułem „Katastrofa horyzontalna”, no i oczywiście w
jednej z wydanych już książek.] Odkryte obserwacyjnie (empirycznie) prawo Hubble'a,
pośrednio oznacza też istnienie czasu globalnego. Dodajmy do tego zadziwiającą
jednorodność promieniowania tła (Penzias, Wilson ). Jego
drobne niejednorodności spowodowane są nie przez
niejednorodności upływu czasu, lecz przez chaos, jaki wytworzył się
podczas przemiany fazowej - chaos, a w nim
lokalne niejednorodności temperatury już w samych
początkach hubblowskiej ekspansji.
****) Tak na marginesie, jak
już wiemy, ta pierwotna sieć panelsymonu
nie musiała, raczej nie była, siecią identycznych sześcianików (jak to sobie
wyobrażamy). [Chociaż i w tym przypadku izotropia
dotyczy nie podstawowych elementów, lecz podstawowe układy.] Raczej
czworościanów foremnych i dwunastościanów foremnych, połączonych pomostami plankonowymi. Właśnie one,
można by przypuszczać, stanowią strukturalną bazę wszystkich cząstek (z
fotonami włącznie). Dzięki temu masy wszystkich cząstek są (względnie) zbliżone
do siebie. To bardzo ważne ustalenie (Patrz poprzedni artykuł). Poza tym ta „krystaliczna”
struktura tworzy bazę dla anizotropowości krótkiego zasięgu, nie bijącej jednak
w jednorodność całości. [Właśnie ta anizotropowość
musiała dać znać o sobie w czasie rozproszenia elementów tego monokryształu,
gdy nastała przemiana fazowa. Dać znać tym, że rozwój materii zyskał cechy
chaotycznoiści. Gdyby na początku istniała absolutna izotropia, gdyby na
początku wyłącznie plankony tworzyły sieć, to podczas przemiany fazowej nie
mógłby utworzyć się chaos, nie mogłyby
wytworzyć się fluktuacje. Nie byłoby struktur
wielkoskalowych, nie byłoby galaktyk i nas by nie było. Także źródłem znanej
dziś fraktalizacji materii jest pierwotna anizotropia panelsymonu.] Stąd
zróżnicowanie rodzajów cząstek i ograniczona (nie nieskończona) liczba ich rodzajów. Może nawet stąd bierze się przewaga
materii nad antymaterią. Po pęknięciu panelsymonu (przemiana fazowa) zachowały
się tylko te układy, które mogą istnieć jako trwałe (bez ingerencji zzewnątrz).
Być może są to układy wewnętrznie zrezonowane, zmienne w sposób cykliczny
(odwracalny). Dzięki temu (w odosobnieniu) nie emitują żadnego promieniowania –
to cząstki, które mają prawo istnieć. [„Promieniowania”?
Oczywiście w zasadzie nie byłoby to promieniowanie elektromagnetyczne. Jakie
więc? „Grawitacyjne”? (Na temat grawitonów już
się wypowiadałem. Przypominam, że układ jest trwały, gdy zmiany zachodzące w
nim mają charakter cykliczny, a energia jego nie ulega zmianie.) Chyba żadne. A gdyby zaistniała cząstka nie zrezonowana wewnętrznie? Niedoczekanie – układy inne, niż możliwe
nie mogłyby zaistnieć, choćby z powodów energetycznych. Tu gdybanie po prostu
nie ma sensu.] To, że większość z
nich (tych zrezonowanych) rozpada się oznacza, że istnieje czynnik zewnętrzny powodujący
rozpady. Zwróciłem już na tę rzecz uwagę w artykule poprzednim (tam w
odnośniku z trzema gwiazdkami). Tym czynnikiem są przede wszystkim neutrina (Mogą być też fotony. Czy swą
utajnioną grawitacją, wzbudzaną indukcyjnie? Bardzo możliwe.) Lokalna anizotropia spowodować mogła
też uwolnienie się swobodnych plankonów lub ich bardzo masywnych agregatów,
wszyskich o sporej masie i znikomych rozmiarach, tworzących powszechną sieć
ciemnej materii. Wokół ich lokalnych zgęszczeń (fluktuacji) z czasem gromadziła
się materia (nam znana), roje pierwszych gwiazd (już 200 mln. lat po Wielkim Początku),
by po upływie ok. miliarda lat zacząć tworzyć układy, które my wykrywamy jako
kwazary. Te, w ciągu kolejnych kilku miliardów lat przekształcą się w
galaktyki. O powstaniu galaktyk pisałem w innym miejscu, w eseju poświęconemu temu tematowi).
Grudzień 2013


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz